Menu

GŁOSOWANIE :)




Moja powieść "Carpe diem" bierze udział w konkursie na książkę marca na Literatura kobieca - co czytać? :)

Zasady: "Przyszedł czas na głosowanie w pierwszym etapie na Książkę Marca. Zasady są takie jak zawsze, głosujecie na dowolną liczbę książek, a trzy książki z największą liczbą polubień trafią do finału i jedna z nich będzie naszą książką marca. Głosujecie do 25 kwietnia.
Do dzieła!"


ZAGŁOSUJECIE?


Czytaj więcej >

FRAGMENT "CARPE DIEM" - PROLOG


PROLOG

100 dni wcześniej…

Rosalie Heart

Zastanawialiście się kiedyś nad wartością waszego życia? Naszego ciała, umysłu, upływającego czasu? Szanujecie życie i czas, który wam dano? Pewnie nie. Problem w tym, że myśli o tym stanowczo za mało osób. Możliwe, że szanują je trenerzy fitness, myślą o nim poeci, czasem lekarze, ale głównie chorzy, tacy jak ja. Z tym że ci, którym niewiele już zostało, nie mają czasu nauczyć tego innych, przynajmniej tak mi się wydaje…
Aktualnie czułam się źle. Nie interesowało mnie już, co się dzisiaj wydarzy, chciałam po prostu poczuć się lepiej. Zrobiłabym wszystko, by znowu czuć się dobrze, normalnie. Niestety, od paru tygodni nie mogłam robić prawie nic. Zwykłe wstanie z łóżka było dla mnie wysiłkiem porównywalnym z przebiegnięciem maratonu. Nie wiem, co dzieje się z moim sercem, ale zdecydowanie nie jest dobrze, a w zasadzie to nigdy nie było tak źle.
– Jakoś to będzie, kochanie. Rozchmurz się – powiedział mój brat. Pogłaskał mnie przy tym po moich długich włosach, które teraz znajdowały się w sporym nieładzie. – To wszystko się kiedyś skończy. Będzie lepiej.
Pokiwałam głową na znak, że zrozumiałam, i przytuliłam się do niego mocno. Potrzebowałam go teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
James był najlepszym starszym bratem na świecie. Zawsze mogłam na niego liczyć w złych chwilach. Nawet teraz, chociaż w takiej sytuacji powinni towarzyszyć mi rodzice. Niestety, nigdy ich nie było, nie ma i już nie będzie. Musiałam się z tym pogodzić, ale nie czułam się z tym źle. James musiał mi wystarczyć za nich oboje.
Moja matka zmarła przy porodzie, a mój ojciec nigdy nie stanął na wysokości zadania i nie zajął się mną tak, jak powinien. Myślę, że mnie nienawidził za to, że ona umarła, chociaż nigdy nie powiedział mi tego wprost. Opiekował się mną, dopóki nie poszłam do szkoły. Wtedy stało się jasne, że jestem małą kopią swojej matki i nie mógł już na mnie patrzeć. To James ubierał mnie do szkoły, pilnował, żebym jadła i przychodził na szkolne przedstawienia. Gdy ja miałam siedem lat, on miał zaledwie siedemnaście, ale to mu nie przeszkadzało, by mnie wychowywać. Nie dbał o zdanie innych. Zabierał mnie na swoje mecze, zawody i treningi. Nigdy się mnie nie wstydził, a ja chwaliłam się wszystkim, jakiego mam cudownego brata. 
W wieku piętnastu lat dowiedziałam się, że mam chore serce. Wtedy ojciec zaczął pić. Nie dość, że byłam kopią jego ukochanej, to w dodatku śmiałam zachorować i odbierać mu ją ponownie. James wtedy nie mieszkał już z nami. Przyjeżdżał głównie po to, żeby mnie odwiedzić, sprawdzić, czy nic mi nie brakuje. Pewnego dnia strasznie pokłócił się z ojcem, do dziś nie wiem o co, ale po tym po prostu zabrał mnie do siebie. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia pięć lat, żonę i małego synka, a teraz jeszcze chorą nastoletnią siostrę. Agnieszce, żonie Jamesa, chyba nie do końca się to podobało, ale nigdy nic nie powiedziała. Pomagałam jej zajmować się dzieckiem, kotem oraz domem. I byłam szczęśliwa, jak tylko mogłam. 
James nigdy nie miał ze mną problemów wychowawczych. Nie piłam, nie paliłam, nie brałam narkotyków, nie wymykałam się na imprezy, nie sprowadzałam chłopaków. Uczyłam się i biegałam, to były moje jedyne nałogi. Myślę, że gdybym została z ojcem, moje życie potoczyłoby się inaczej. Bądźmy szczerzy, stoczyłabym się, niechciana, niekochana i znienawidzona przez jedynego rodzica, który mi pozostał. Tak kończy się większość takich historii, prawda? Na szczęście ja miałam Jamesa i czułam, że kocha mnie najbardziej na świecie. Wystarczało mi to w zupełności.
Mam żal do matki o to, że umarła, i pewnie nigdy się go nie pozbędę. Nienawidzę również ojca. Opuścił mnie i nie wrócił wtedy, kiedy bardzo go potrzebowałam. Jednak tylko dzięki nim mam tak wspaniałego brata – za to zawsze będę im wdzięczna i nigdy nie spłacę tego długu.

***

Weszliśmy do gabinetu doktor Filipa Grabowskiego. Nie lubiłam tego miejsca. Zresztą nie do końca przepadałam za moim lekarzem, często nie byłam w stanie zrozumieć jego postępowania w stosunku do pacjentów. Bywały chwile, w których wydawał mi się zdrowo szurnięty. Różnił się od wszystkich osób wykonujących ten zawód, które poznałam w Ameryce, i chyba to drażniło mnie najbardziej. Zresztą wyróżniał się także na tle polskich lekarzy. Brakowało mu chłodnego profesjonalizmu i trzeźwej oceny sytuacji, których zazwyczaj oczekuje się od swojego lekarza.
Wraz z Jamesem usiedliśmy naprzeciwko niego. Doktor Grabowski był mężczyzną przeciętnego wzrostu, lekko otyłym. Miał twarz pooraną zmarszczkami, chociaż dopiero zbliżał się do pięćdziesiątki Przez jego krótkie, brązowe włosy prześwitywała siwizna. W błękitnych oczach widać było mądrość, opanowanie i spokój. To wszystko było spowodowane jego pracą. Był jednym z najlepszych kardiochirurgów w kraju. Został ordynatorem oddziału kardiochirurgii w jednym z najbardziej cenionych polskich szpitali. Nie był jednak karierowiczem. Był inny niż wszyscy lekarze. Przejmował się swoimi pacjentami, przeżywał razem z nimi to, co musiał im przekazać, wspierał ich podczas leczenia… i zawsze robił to z uśmiechem. Tylko nieliczni wiedzieli, jak mocno cierpiał, gdy jego pacjenci umierali, a zdarzało się to bardzo często. Sam mi o tym powiedział. I już choćby to czyniło go dziwnym. Nie znam żadnego innego lekarza, który opowiadałby o pacjentach, którzy umarli. Zdecydowana większość woli się tym raczej nie chwalić.
Doktor Grabowski dzisiaj wyglądał inaczej. Na jego twarzy brakowało uśmiechu, który zdążyłam dobrze poznać, a nawet znienawidzić. Wiedziałam już, że ta rozmowa nie będzie należała do przyjemnych. W wieku piętnastu lat przekazał mi, że mam chore serce, i wówczas jego twarz miała podobny wyraz. Teraz miałam prawie dwadzieścia dwa lata i instynktownie czułam, że doktor Grabowski miał mi do przekazania jedną z najgorszych wiadomości, jakie mogłam od niego usłyszeć. Przez chwilę rozważałam, czy stamtąd nie uciec. Jednak James siedział tuż obok, musiałam więc zostać, chociaż to była ostatnia rzecz, o jakiej marzyłam. Wolałam żyć w nieświadomości co do mojego stanu.
– Masz pięćdziesiąt procent szans na przeżycie dwóch kolejnych lat.
Poczułam, jak James mocno ściska moją rękę, a mnie obiegła fala dreszczy. To zabrzmiało jak wyrok. Przez chwilę myślałam, że szalony doktorek żartuje. W większości krajów zniesiono karę śmierci. Uznano ją za niehumanitarną, niesprawiedliwą, złą, brutalną. Czy ktoś jednak próbował porównać dwie sytuacje wyroku śmierci? Weźmy na przykład osobę, która zabiła sześcioro dzieci. Skazanie jej na karę śmierci jest złe, niemożliwe, zakazane, sąd nie może wydać takiego orzeczenia. Nikt jednak nie może zakazać lekarzowi powiedzenia pacjentowi, że jego czas na tym padole właśnie dobiegł końca. Często mówi to osobom, które nigdy w życiu nie zrobiły nic złego. Gdzie tu sprawiedliwość? Nigdy nikogo nie zabiłam, a właśnie usłyszałam wyrok śmierci. Zrobiło mi się słabo.
Doktor Grabowski cierpliwie czekał, aż jego słowa nabiorą mocy. Jestem pewna, że w takich momentach nienawidził swojej pracy. Nie był człowiekiem, który lubił przekazywać złe wiadomości.
– Leczył ją pan dwa lata i mówił, że…
    Jamesowi załamał się głos. Po raz pierwszy od… właściwie od zawsze. Mój brat potrafił wybrnąć z każdej sytuacji i nigdy się nie poddawał. Nie wahał. Zawsze wiedział, jak ma postąpić. Jego głos i drżenie dłoni wprawiły mnie w osłupienie. Był wiecznym optymistą, aż do teraz. Był moją opoką i moją siłą. Czułam, jak powoli spadam w otchłań, z której nie ma powrotu. Straciłam moją ostatnią podporę.
– Przykro mi – powiedział lekarz i wiedziałam, że mówi szczerze.
– Co to dokładnie oznacza? – spytał James, a ja uparcie milczałam, wpatrując się w swoje błękitne trampki.
– Będziemy szukać dawcy. Jesteś młoda i silna, poradzisz sobie – powiedział Grabowski, zwracając się do mnie.
Akurat. Ile osób w Polsce, na świecie, czeka na przeszczep? Ile osób go dostaje? Ile osób dostaje nowe serce?
– Macie jakieś siedemset dni – stwierdził zrezygnowanym tonem James. – Jak w tak krótkim czasie chcecie znaleźć dawcę?
Cuda się zdarzają jasne, ale… ja… nie mam szans, czułam to. Nie wierzyłam w to, że mogę dostać nowe serce. To wydawało się po prostu niemożliwe, nierealne, jak sama moja choroba.
Doktor Grabowski wstał ze swojego krzesła i podszedł do ogromnej tablicy wiszącej z tyłu. Przedstawiała ona ranking jego pojedynku ze śmiercią. Niestety nie napawały one optymizmem. Sam fakt, że w ogóle wymyślił coś takiego, był przerażający. No bo kto normalny zakładał się ze śmiercią?
– Widzicie tę tablicę? – spytał Grabowski. – Założyłem się ze śmiercią, że uratuję więcej pacjentów, niż ona zabierze.
Podniosłam głowę i wpatrywałam się z niepokojem w liczby, które nieraz już obserwowałam w jego gabinecie.
– Śmierć wygrywa – zauważyłam, zrezygnowana.
– Tak, ale ja wciąż walczę. Rozumiecie? – powiedział z uśmiechem doktor Grabowski. – Walczę z nią o każdego pacjenta i będę walczył także o ciebie. Jesteś młoda i będziesz żyła, choćbym miał cię wyrwać spod kosy śmierci, rozumiesz?
Nie rozumiałam. Nie wierzyłam mu. Spojrzałam na Jamesa, który wyglądał inaczej, tak jakby spadł mu wielki kamień z serca. Ja, niestety, tego nie czułam. Deklaracja doktora nie zrobiła na mnie wrażenia. Irracjonalnie czułam, że już nic więcej nie jest w stanie dla mnie zrobić.
– Jak mogę pomóc? – spytał James z nową energią i mocno wyczuwalną nadzieją.
Mój brat zawsze szukał rozwiązania. Powoli wracał do siebie. Jednak ja nie potrafiłam odzyskać spokoju. Właśnie dowiedziałam się, że niedługo umrę. To by było na tyle, jeśli chodziło o złe wiadomości tego dnia. Byłam pewna, że żadna nie będzie już w stanie jej przebić. 
– Walczyć i wierzyć, dbać o nią i podnieść, kiedy upadnie, dopingować ją do walki. Bądźmy jedną drużyną, we trójkę – mówił doktor Grabowski z przejęciem. – Zawalczmy o twoje życie. Pokażmy śmierci, że jest nikim! 
Że co niby jej pokażemy? Śmiech przez łzy. I tak po mnie przyjdzie, po każdego z nas, po niektórych po prostu szybciej niż po innych.
– Będę walczył – zadeklarował James.
Ja nadal nie umiałam wykrzesać z siebie choćby odrobiny optymizmu. Wyszłam z gabinetu, podczas gdy oni nadal rozmawiali. Odpięłam mały medalik z aniołkiem, który Agnieszka dała mi na urodziny, i cisnęłam nim o podłogę. Nigdy nie byłam jakoś szczególnie wierząca. James zaraził się żarliwą wiarą od swojej żony, ja jednak nie byłam do końca przekonana. Jeśli Bóg nie istnieje – trudno, a jeśli jednak istnieje – to go nienawidzę, bo był cholernie niesprawiedliwy.
Najważniejszy w życiu jest czas. Co ci po miłości, rodzinie, przyjaciołach, studiach, skoro nie możesz się nimi długo w pełni cieszyć? Ktoś właśnie odebrał mi coś najcenniejszego. Bez czasu nigdy nie skończę studiów, nie powiem więcej Jamesowi, jak bardzo go kocham, nie zakocham się, nie założę rodziny… Bez czasu jestem nikim.
Weszłam do gabinetu zabiegowego, w którym nikogo nie było. Chwyciłam malutki skalpel, który leżał na stoliku, i ruszyłam do najbliższej łazienki. Płakałam. Jednak to nie była trudna decyzja. Miałam do wyboru czekać na moment wyroku, bać się i poddawać bezsensownej kuracji albo mogłam też zakończyć swoje życie tu i teraz.
Zamknęłam za sobą drzwi. Usiadłam na podłodze. Czułam uderzenia mojego uszkodzonego serca. Myślałam o rzeczach, których już nigdy nie przeżyję. Przywołałam wszystkie najlepsze wspomnienia związane z Jamesem. Płakałam, ale to nie mogło mnie powstrzymać. Nie będę czekać na wyrok. Nie będę liczyć dni. Nie ma takiej opcji. Ktoś może powiedzieć, że mam kochającego brata. Mam rodzinę, która będzie mnie wspierać. Jednak to nieprawda. Kiedy umierasz, jesteś sam.       Nikt nie jest wstanie cię zrozumieć. Pierwszy raz zostałam sama. Nie chcę być sama. Nie umiem być sama. Nie chcę nawet o tym myśleć.
Przytknęłam skalpel do skóry w okolicy nadgarstków, przekonana o słuszności tego, co robię. Była pewna, że nie potrafię żyć z wiedzą o tym, ile dni mi zostało. Poczułam krew tętniącą mi w żyłach i zamknęłam oczy…


11 lat wcześniej…

Daniel Szymański
    Ojciec i dziadek siedzieli naprzeciwko mnie, zapadnięci w głębokie fotele w naszym salonie. Twarz pierwszego wyrażała tylko jedno – oczekiwanie, natomiast dziadek wiercił się niecierpliwie. Najwyraźniej wcześniej już rozmawiali i postanowili mi tę cudowną nowinę przekazać razem.
Na co liczyli? Jak miałem zareagować na ich rewelacje? Może ich uściskać? Sam nie wiedziałem, co czuję. Przez chwilę byłem pusty, wylądowałem w jakiejś otchłani, a moje serce rozrywało się na kawałki. 
Jasna cholera! 
Wstałem energicznie, waląc pięścią w stół. Jedna ze szklanek spadła na podłogę i rozbiła się, ale nie dbałem o to. 
– Danielu, uspokój się –upomniał mnie dziadek. 
Wyglądał na zaskoczonego. Zazwyczaj jestem ostoją spokoju. Przez całe moje szesnastoletnie życie zdarzył mi się tylko jeden wybuch złości. Miałem sześć lat i odeszła moja matka. Najwyraźniej dzisiaj przyszedł czas na drugi.
– Jak mam się, do cholery, uspokoić? – spytałem retorycznie. – A ciebie totalnie pogrzało, człowieku?! – wykrzyknąłem w stronę ojca.
– Daniel! – skarcił mnie dziadek, po chwili dodając łagodniej: – Danielu, proszę…
Ojciec spuścił głowę. Wiedziałem, że cierpi, ale nie zamierzałem mu odpuścić. Nie po tym, co właśnie usłyszałem.
Wybiegłem z salonu i wpadłem do swojego pokoju, ostentacyjnie trzaskając drzwiami. Nikt za mną nie poszedł, najwyraźniej chcieli dać mi czas, żebym to przetrawił. Tylko że… tego nie dało się przetrawić.
Wziąłem głęboki wdech. Wyciągnąłem swój plecak turystyczny. Ojciec kupił mi go dwa lata temu na naszą pierwszą samotną wyprawę w góry. Spaliśmy wtedy pod namiotem, żywiliśmy się obrzydliwymi konserwami i wspinaliśmy na najwyższe szczyty, aż do utraty tchu. Było świetnie. Niestety te czasy już bezpowrotnie minęły. Zacząłem wrzucać do plecaka swoje rzeczy i książki potrzebne do szkoły.
Moja matka odeszła, gdy miałem sześć lat, a wcześniej niekoniecznie się mną zajmowała. Zawsze byłem bardziej szczęśliwy z ojcem. To on bawił się ze mną klockami Lego i pozwalał pomagać w myciu samochodu. Razem trenowaliśmy sztuki walki i oglądaliśmy filmy o superbohaterach. Matka czasem nam towarzyszyła, ale rzadko. Wolała zamykać się w swojej pracowni i malować obrazy. Czasem malowała i mnie, ale ciągle marudziła, że za bardzo się ruszam. Zabierała mnie też nad morze, ojciec jechał z nami i wtedy było fajnie. To nasze małe sekretne miejsce dawało mi dużo radości. Pływaliśmy, budowaliśmy zamki z piasku i graliśmy w piłkę. 
Potem po prostu zniknęła. Wtedy nie rozumiałem, co się właściwie stało. Matki nagle zabrakło w moim życiu. Po latach dowiedziałem się, że zabrała sporą sumkę z konta ojca i wyjechała ze swoim kochankiem do ciepłych krajów. Biorąc to pod uwagę, muszę stwierdzić, że ojciec zachował się bardzo elegancko. Nigdy nie nastawiał mnie przeciwko matce. Tego, że uciekła z kochankiem i go okradła, dowiedziałem się od dziadka, gdy miałem dwanaście lat, i dopiero wtedy zacząłem ją nienawidzić. Wcześniej trochę za nią tęskniłem, jednak nigdy nie płakałem z powodu jej odejścia. Pokochałem moją nową, pomniejszoną rodzinę. Ojciec zastępował mi matkę, gdy było trzeba. Zawsze mogłem na niego liczyć. To on tłumaczył mi, jak podrywać kobiety, pomagał w nauce, chwalił i zawsze był w szkole, gdy odbierałem nagrodę dla najlepszego ucznia. Biegaliśmy razem, wspólnie powiększaliśmy naszą ogromną kolekcję filmów. To on odebrał mnie po imprezie, na którą wymknąłem się nielegalnie i upiłem prawie do nieprzytomności. Trzymał moją głowę nad sedesem i krył mnie przed dziadkiem, a później nie krzyczał. Nigdy. Po prostu zmusił mnie do przebiegnięcia dziesięciu kilometrów do szpitala. Zabrał mnie na salę, gdzie leżał pijak w delirium i zapytał, czy chcę tak skończyć. Znaczyło to dla mnie więcej niż jakakolwiek rozmowa. Zapamiętam ten widok do końca życia. Miałem wówczas czternaście lat i wywarło to na mnie spore wrażenie. Wciąż wymykałem się na imprezy, ale już nigdy się nie upiłem.
Ojciec nie wprowadzał dyscypliny. Nie było potrzeby. Byłem w niego wpatrzony jak w obrazek. To dziadek był tym surowszym. Jeśli już miałem dostać szlaban, to właśnie od niego, a ojciec nigdy nie negował jego zdania. Dziadek oglądał z nami filmy i uczył mnie gotować, w zasadzie cały czas byliśmy razem. Może ktoś nazwie moją rodzinę „nienormalną”, ale ja ją kochałem. 
    Mój ojciec jest lekarzem, podobnie jak dziadek, w dodatku ma szansę awansować na dyrektora szpitala. Pracowali dużo, jeździli na konferencję, ale rzadko razem, czasem nawet zabierali mnie ze sobą. Wciągnąłem się w medycynę, zanim jeszcze dobrze potrafiłem liczyć. W gimnazjum, zanim przyszła higienistka, to ja udzielałem pierwszej pomocy swoim rówieśnikom. Byłem w tym lepszy od nauczycieli.    Chciałem zostać lekarzem, a ojciec i dziadek wspierali mnie w tych planach. Byłem pewny, że zawsze przy mnie będą, że nigdy mnie nie opuszczą, tak jak matka. Cóż… powiedzmy, że się pomyliłem.
Zapiąłem spakowany plecak i narzuciłem go na plecy. Spojrzałem na krzyżyk wiszący na ścianie, ściągnąłem go i przez chwilę się mu przyglądałem.
– Wiesz co? Nienawidzę cię. Odebrałeś mi go.
Cisnąłem krzyżykiem przez okno i wyszedłem ze swojego pokoju, wiedząc że nieprędko do niego wrócę. Dziadek i ojciec już na mnie czekali i zszokowani patrzyli na mój plecak. Nie spodziewali się tego.
– Wyprowadzam się natychmiast – oznajmiłem.
– Ty chyba sobie żartujesz! Masz szesnaście lat! – krzyknął dziadek.
– Tak, i nie mam rodziny, więc zamierzam żyć na własną rękę.
– Danielu… proszę, porozmawiajmy spokojnie… – zaczął ojciec błagalnym tonem.
– Nie. Nie ma mowy. Ty już wybrałeś, zostawiłeś mnie, więc ja też stąd spadam. Macie mi kupić mieszkanie i płacić alimenty. Taki jest wasz obowiązek. Do widzenia.
Wyszedłem z domu, wiedząc, że za mną nie pójdą, byli zbyt zszokowani. Kiedy się otrząsną, będą rozmawiać do późnych godzin wieczornych, starając się znaleźć wyjście z tej sytuacji. Zawsze tak robili.
Spojrzałem ostatni raz na dom i narzuciłem kaptur na głowę. Czułem, że łzy powoli spływają po moich policzkach. Ostatni raz płakałem, mając sześć lat, kiedy zostawiła mnie matka, później przestałem. Ojciec powiedział mi, że mężczyźni nie płaczą. Otarł moje łzy i zabrał mnie na lody. Teraz mam szesnaście lat i płaczę, bo ojciec mnie zostawił. Tym razem jednak nie ma kto mi otrzeć łez i powiedzieć, żebym nie płakał, a na lody mogę się co najwyżej zabrać sam.
Nauczono mnie, że najważniejszą wartością w życiu jest rodzina. Wychowano mnie w wierze katolickiej, zgodnie z którą należy kochać i szanować swoich rodziców, a teraz ta wiara odbierała mi najbliższą dla mnie osobę. Matka mnie zostawiła, a teraz Bóg odebrał mi ojca. Co to w ogóle za pomysł, żeby cholernie dobry lekarz, który na dodatek ma dorastającego syna, zostawał księdzem?!
Spojrzałem na gwiazdy. Ojciec powiedział mi kiedyś, że Bóg siedzi na chmurce i nas obserwuje, a na pewno słyszy nasze myśli. Wciągnąłem chłodne powietrze.
– Pieprz się! – krzyknąłem w stronę nieba.
Ruszyłem przed siebie. Pierwszy raz byłem naprawdę sam…

Czytaj więcej >

WESOŁYCH ŚWIĄT :)

W te wspaniałe święta chciałabym Wam życzyć wszystkiego co najlepsze, a przede wszystkim rodzinnego ciepła, smacznego jajka i mokrego dyngusa.







Czytaj więcej >

CARPE DIEM - RECENZJE :)


AUTORZY

Fragment: Książka Carpe Diem to opowieść o niesprawiedliwości jaką przynosi życie, o tym, że prawdziwa miłość, choćby tylko na chwilę, zawsze jest warta przeżycia. Że, niezależnie od okoliczności, ryzykuje się dla niej wszystko. Carpe Diem to po prostu piękna historia.






PATRONI
Fragment: Nie łatwo jest pisać o chorobie tak, aby przedstawić jej bezwzględny charakter, a jednocześnie zachować odpowiednią gamę optymizmu. Diane Rose w swoim debiucie literackim optymalnie wyważa słodko-gorzkie proporcje, dzięki czemu czytelnik staje się obserwatorem pięknych i nadzwyczaj poruszających scen. Autorka od początku oddaje głos dwójce bohaterów, Rosalie i Jamesowi, pozwalając im na samodzielne zrelacjonowanie własnej historii. Lekki i niezwykle płynny język pozwala szybko chłonąć kolejne strony, a transferowane za jego pomocą emocje tworzą obraz spontanicznej walki ze zbliżającą się śmiercią. W oczach młodej bohaterki nałożony wyrok jest przeszkodą nie do pokonania, ale kobieta zamiast wytaczać kolejne łzy, zaczyna chwytać najmniejsze radości dnia codziennego. Tytułowa i jakże ulotna myśl Carpe diem bezsprzecznie staje się wiernym towarzyszem studentki, ale dopiero mgiełka szczerej miłości sprawia, że serce Rosalie zaczyna błagać o prawdziwy cud. Nowo poznane uczucie smakuje bowiem niczym zakazany owoc, jest takie naturalne, soczyste i zdrowe…



Fragment: To niezwykle przejmująca powieść o zmaganiach z okrutną chorobą, niemocą i bezsensem, ale przede wszystkim niesamowita historia walki o życie, szukaniu radości w codziennych drobiazgach oraz miłości, która wydobywa z człowieka to co najlepsze i motywuje do działania. Każda kolejna strona niesie ze sobą ogromny ładunek emocji i nasuwa wiele egzystencjalnych pytań, jakie stawiają sobie chorzy ludzie. Dlaczego ja? Jaki jest sens tego cierpienia, które mnie dotknęło? Czy istnieje nadzieja na powrót do zdrowia? Ta książka ubogaca, otwiera oczy na wiele spraw, o których na co dzień nie myślimy i ukazuje wielkość i ogromną wartość ludzkiego życia. Nie da się jej czytać obojętnie. Wszystko w środku wręcz krzyczy z nagromadzonych uczuć.




Fragment: Carpe Diem to lekkie czytadełko z bardzo zaskakującym zaskoczeniem. Barwna i dynamiczna akcja jeszcze bardziej zachęca do dalszego czytania, a bohaterowie, czasem nieco irytujący, zwłaszcza przyjaciele Rose i nawet jej brat. Ale wtedy na jej drodze staje osoba, która sprawia, że dziewczyna zaczyna egzystować pełnią życia, no przynajmniej tyle, na ile może. Muszę przyznać, że ciekawie czyta się jej poczynania i szybkie rozwoje sytuacji, których tam nie brak, a ciekawe postacie tylko potęgują moje uwielbienie do tej książki. Zbliżając się do jej końca chciało mi się płakać, ale nie dlatego, że było coś smutnego, no dobra przez to też, ale głównie dlatego, że musiałam ją w końcu skończyć.



Fragment: Składając te wszystkie rzeczy w jedną książkę Diane Rose oddaje cztalnikom powieść, która wstrząsa, zmusza do zastanowienia się. Zwraca uwagę na problemy, które są obok nas, które być może nas nie dotyczą, ale nie oznacza że nie istnieją. Uświadamia nas jak kruche i ulotne jest życie, jak niewiele potrzeba by zostało po nas tylko wspomnienie i rozpacz bliskich.
Powieści lekkości dodaje miłość i wiara. Zarówno w Boga jak i lekarzy, los...
Czytając miałam nadzieję, ogromną nadzieje i szukałam jej absolutnie w każdym możliwym miejscu. 
W umyśle, sercu, duszy. Chciałam by się udało. Autorka sprawiła, ze pokochałam bohaterów, rozśmieszała mnie, uśpiła moja czujność by po chwili sprowadzić na ziemie...



Fragment: Czym Carpe diem wyróżnia się na tle wielu innych historii? Ta powieść od pierwszej do ostatniej strony naładowana jest ogromnymi emocjami! To historia, która zarówno bawi, jak i wzrusza do łez. Niejednokrotnie Diane Rose zafundowała czytelnikom emocjonalny rollercoaster, z którego nie można wysiąść. Nie dlatego, że nie można. Tej książki nie chce się odłożyć na półkę. To jedna z tych historii, po przeczytaniu których siedzi się bez ruchu w fotelu, ściskając mocno książkę, wylewając morze łez i nie wiedząc, co dalej ze sobą zrobić. A to, co całkowicie wbija we wspomniany już fotel, to zakończenie, jakiego nikt się nie spodziewa. Przysięgam! Przeczytałam ostatnie strony trzy razy, ponieważ nie wierzyłam w to, co zobaczyłam. Zastanawiałam się, czy to przez łzy literki czasem nie układają się w zupełnie inne słowa. Za każdym razem jednak było tak samo i za każdym razem ponownie sięgałam po chusteczkę. O tym pamiętajcie, miejcie ze sobą chociaż jedno opakowanie chusteczek...
RECENZJA

Fragment: Pełna barwnych postaci, zabawna, lekka i nieco naiwna opowieść o Rose i Danielu zagnieżdża się w duszy i pompuje pozytywne emocje wprost do serca. Gdzie indziej znajdziecie chłopaka, którego ojcem jest ksiądz, albo młodego lekarza, którego idolem jest dr House? Znacie inną książkę, w której brat dziewczyny po raz pierwszy nocującej u chłopaka przynosi owemu w prezencie własnoręcznie upieczoną szarlotkę i uczy go gotować o 5 rano? No właśnie, takie rzeczy tylko w Carpe Diem ☺



Fragment: Carpe Diem to nie jest przesłodzony romans z happy endem. Carpe diem to powieść z przesłaniem, pełna mądrych życiowych prawd oraz ukazująca, jak wielka i ważna jest siła miłości, braterstwa i przyjaźni. Autorka bardzo pięknie opisała nie tylko rodzące się między głównymi bohaterami uczucie, ale także relacją Rosalie z jej bratem Jamesem, który jest postacią bardzo pogodną, ma boskie poczucie humoru i cały czas wspierał naszą bohaterkę oraz motywował ją do działania. Ja przeżywałam wszystko co dzieło się w powieści, a pod koniec tak płakałam, że miałam ochotę zamordować Dianę za to co mi zrobiła. I dokładnie tak jej napisałam chwilę po tym, jak skończyłam czytać, a było to koło czwartej nad ranem, a ja z emocji nie mogłam zasnąć. To doskonały dowód na to, że ta historia żyła we mnie i nadal tak jest, bo w myślach układam sobie dalsze scenariusze i nawet pytałam Dianę czy planuje drugą część, ale napisała mi, że niestety nie. Takie jest jednak prawo autora i ja serdecznie gratuluję Dianie za to, że stworzyła tak niezwykłą i wciągającą powieść, która wywarła na mnie ogromnie wrażenie oraz wywołała we mnie cały wachlarz tych najlepszych emocji, jakie możemy przeżywać podczas czytania.



Fragment: Chociaż "Carpe diem" jest debiutem literackim Diane Rose, polskiej recenzentki książkowej, to nie da się tego odczuć. Książka napisana jest bardzo dobrze, lekkim stylem, dialogi często bawiły mnie do łez, albo sprawiały, że moje serce ściskało się ze smutku - ale to akurat bardzo wielki plus, bo emocje i atmosfera, którą stworzyła autorka, były nie do podrobienia! Wydaje mi się, że Diane Rose spędziła naprawdę dużo czasu przy tej powieści i przelała do niej część siebie - dopracowując każdy detal, aby jej powieść z tym swoim oryginalnym pomysłem, została dobrze odebrana. Bez wątpienia - udało jej się to.


AMBASADORZY


Fragment: "Carpe diem" to niezwykle dojrzała i piękna opowieść o miłości, skrywanych marzeniach i nadziei na lepsze jutro. Historia Rose bez wątpienia bowiem daje nadzieję i uczy nas, że czasem warto odpuścić, poddać się temu, co przygotował dla nas los, bo też nigdy nie możemy być do końca pewni tego, co też czeka nas na końcu tej smutnej drogi - a nuż będzie wyczekiwało tam na nas szczęście?



Fragment: Książka od pierwszego słowa po ostatnią kropkę naładowana została wieloma emocjami. Wraz z bohaterami przeżywamy chwile pełne radosnych uniesień by po chwili jednoczyć się w bólu. To lekka powieść poruszająca trudny temat, który obecnie jest powszechny na całym świecie a jedynym ratunkiem okazuję się empatia drugiego człowieka i chęć pomagania. Każde uczucia w niej zawarte są prawdziwe bez koloryzowania, widać głęboki wkład emocjonalny i ogromne serce Diany.



Fragment: Gdyby mi nikt wcześniej nie powiedział, że "Carpe Diem" to debiut, nigdy w życiu bym na to sama nie wpadła. Książka jest rewelacyjna. Historia Rose i Daniela jest obłędna, powalająca i bardzo wciągająca. Totalnie nie mogłam się od niej oderwać. Połknęłam ją w jeden dzień. To był niesamowity dzień. Pełen emocji, wspaniałych przeżyć. Całą historię przeżywałam razem z bohaterami. Czułam się tak, jakbym stała gdzieś z boku i na żywo widziała wszystko to, co się u nich dzieje, to co ich łączy. Ich radość, szczęście, miłość, ale i ból, smutek i rozpacz.



Fragment: Książka jest cudowna, wspaniała, rewelacyjna, niesamowita! To na pewno debiut? Bo mam wrażenie jakby to była kolejna książka Diane Rose. Coś niesamowitego. Tyle emocji, tyle uczuć... Śmiałam się przy niej i zalewałam łzami, w pewnym momencie podejrzewałam nawet u siebie przed zawał z tych wrażeń. Nie mogłam się oderwać od czytania, zżyłam się z bohaterami i przeżywałam wszystko to, co oni, przez kilka godzin żyłam ich życiem. I pomimo dramatycznej sytuacji powieść czyta się szybko, przyjemnie i z ogromnym zainteresowaniem. Ogrom emocji, ale zakończenie... ależ ja się spłakałam, jak bardzo bolało mnie serce, jaki szok przeżyłam... Będę do niej wracać, będę ją polecać i już czekam na kolejną książkę autorki.




Fragment: Diane Rose zmusiła mnie do refleksji. Nakazała mi odpowiedzieć sobie na pytanie: czym jest moje życie? Dlaczego ciągle pędzę do przodu, nie dostrzegając piękna, które mnie otacza. Często jesteśmy pochłonięci obowiązkami, pracą nie widzimy, że wkoło nas jest tak wiele barw, które mogą ubarwić nasze życie. Autorka otworzyła mi oczy na wiele kwestii, przypomniała, że życie jest kruche i nakazała czerpać z niego garściami, póki jeszcze mogę. Ważne to żyć pełną piersią, aby na zakończenie swojej ziemskiej egzystencji móc powiedzieć: żyłam, jak chciałam, sprawiłam, że moje życie było piękne.



Fragment: Diane na swoim blogu ostro traktuje debiutantów i lubi wytykać im błędy. Tym razem to ona jest debiutantką, a ja naprawdę nie mam do czego się doczepić. ''Carpe diem'' to cudowna i wzruszająca historia, taka, która zapada w serca i pamięć. Po drodze z księgarni koniecznie kupcie chusteczki — będą wam potrzebne, bo ta książka to wyciskacz łez. Kac książkowy gwarantowany. Gorąco polecam.



Fragment: Fabuła książki jest bardzo wciągająca, ciągle coś się dzieje. Powieść napisana jest plastycznym i lekkim stylem z zabawnymi dialogami, które często bawiły mnie lub sprawiały, że moje serce z żalu się zaciskało. "Carpe diem" gwarantuje mnóstwo emocji i przeżyć, ale ma też jeden minus. Kochana autorko, to co zrobiłaś, ze mną pod koniec książki jest nie do wybaczenia. Płakałam, szukając chusteczek, nie mogłam uwierzyć w to, co przeczytałam. Przeżyłam prawie zawał, wyzywałam w tych krótkich chwilach, gdy wycierałam oczy. W końcu dotarłam do końca... Tak zakończenie zdecydowanie wbija w fotel. I jedno wiem na pewno, jeszcze wrócę do książki na pewno nie raz.



Fragment: To wzruszająca historia, ciekawa o tyle, że opowiadana przez dwie osoby. Trudno mi jednak określić ją jednym słowem... Na pewno jest wzruszająca, ale takie określenie to byłoby za mało! A żadne inne nie przychodzi mi do głowy, po prostu trzeba ją przeczytać by zrozumieć, by dać się wciągnąć tej mieszaninie emocji, tym stanom lęku i radości, tej wolności i pozornego luzu mimo wyroku wydanego na bohaterkę!


Fragment: "Carpe diem" to powieść, którą dosłownie pochłonęłam, wciąga od pierwszej strony i nie pozwala się oderwać choćby na chwilę (chyba, że w celu poszukiwań chusteczek higienicznych). Fabuła jest bardzo sprawnie poprowadzona, pozbawiona monotonnych i nużących opisów. Przede wszystkim jednak jest oryginalna, ukazuje niezwykle trudne i jakże ważne zagadnienia dotyczące zmagania się z chorobą (zarówno osoby nią dotkniętej, jak i jej bliskich) oraz transplantologii, niejako obrazując proces i poszczególne etapy najtrudniejszej dziedziny medycyny. Jestem pod ogromnym wrażeniem oddania tak istotnego tematu w tak lekkim, a niekiedy nawet humorystycznym stylu.



Fragment: Diane Rose przeciwstawia sobie dwa światy: idyliczny, troszkę infantylny ale pełny pasji, czułości i miłości byt młodej, ufnej dziewczyny z podstępną, okrutną, bezlitosną chorobą, która czyha na swoją ofiarę i drwi z niej na każdym kroku. Zaskakujące jest jak Rose oswaja swój stan i jak bardzo pragnie się z nim pogodzić. Jej pełna optymizmu a jednocześnie swoistego buntu postawa budzi podziw, ale i smutek. Wzruszająca jest jej potyczka z losem o każdy dzień i każde doświadczenie zdobywane na zapas.



Fragment: Autorka wykreowała postaci pełne temperamentu, charyzmy, zbudowała fabułę, która prowadzi odbiorcę przez kolejne dni życia nie tylko osoby chorej, ale także tych, którzy są obok niej. Rodzina, bliscy, przyjaciele oni też zmagają się z własnymi dylematami, chcą być wsparciem, ale każdy z nich miewa chwile zwątpienia. Czują frustrację, żal, smutek i ogromny strach, jednak nieustannie duszą w sobie negatywne emocje. Patrzeć i mieć świadomość, że bliska nam osoba toczy nierówną walkę z chorobą, to szalenie bolesne i przygnębiające doświadczenie. Jednak Diane Rose udało się w bardzo przystępny, słodko-gorzki, ale pozbawiony patosu sposób ukazać wszystkie aspekty tego zjawiska. Postacią wzbudzającą ogromną sympatię, dającą nadzieję jest brat Rosalie, James. To jego postawa, nacechowana wyrozumiałością, a także pogodnym usposobieniem i niezwykłą troskliwością, nadaje tej historii lekkości. Ta powieść tętni uczuciami, ma w sobie sporą dawkę humoru, eteryczności, ale i potężną porcję wzruszających momentów. Autorka bowiem wystawiła swoich bohaterów na niebanalną próbę, której niezwykle trudno sprostać — śledziłam ich losy z ogromnym zaciekawieniem, zupełnie tracąc przy tym poczucie czasu. To jedna z tych książek, od której trudno oderwać uwagę.



Fragment: Przeznaczenie, miłość, przewrotny los... Moje serce unosiło się i upadało, aż w końcu nie byłam pewna, czy to główna bohaterka ma problemy z sercem, czy może ja. Znalazłam tutaj nie tylko humor i łzy skryte za fasadą dobrego ducha, ale i... Pożyteczne lekcje dla czytelników. Kiedy byłam po lekturze, przyznaję bez wstydu, że duuużo przeklinałam. Przeklinałam, bo nie wiedziałam, jak obrać w słowa to, co przeżyłam podczas czytania Carpe Diem. Płakałam jak bóbr, a czytanie podczas gdy kompletnie nic się nie widzi, jest cholernie trudne. Byłam w takiej rozsypce, że nie wiedziałam, jaką myśl najpierw uchwycić. Czy tą, że książka pokazuje nam przewrotność losu i każdy z nas może nauczyć się tego, jak ważne jest życie? Że należy cieszyć się dniem i korzystać nawet z najgorszej pogody, bo nie wiadomo, co stanie się za sekundę? Czy może chodzi o doznania, które przeżyłam podczas czytania tego debiutu? Czy przez łzy, a może przez wiecznie towarzyszący śmiech?


Fragment: Autorka w swojej debiutanckiej powieści skupiła się na myślach i doznaniach osoby ze swego rodzaju „wyrokiem śmierci”. Chorobą, która daje więcej czasu, a wręcz nieubłaganie go zabiera. Wada serca, bo o tym mowa, doprowadziła główną bohaterkę do takiego punktu w swoim życiu, w którym teoretycznie pogodziła się z faktem, że nie ma czasu na marzenia, plany, przyszłość… Liczy się to, co tu i teraz, bo jutra może nie być… Jednocześnie zatracając w sobie instynkt, by walczyć o przeżycie… Jednak dzięki rodzinie i przyjaciołom, a także miłości, wszystko może się zmienić… W końcu to gorące uczucie w połączeniu z wiarą może czynić cuda… Pytanie, czy pozwolimy im działać, czy Rosalie pozwoli…?
W Carpe diem poruszony jest także wątek transplantologii, a raczej zarysowany obraz polskiej rzeczywistości. Jak to wygląda w praktyce, co mogą, a czego nie mogą lekarze oraz jak trudno rodzinie zmarłego podpisać zgodę na pobranie narządów… które mogą uratować komuś innemu życie.


Fragment: Carpe diem to ciepła, poruszająca i pełna prawdziwych emocji historia młodej dziewczyny, która każdego wieczoru zasypiając, zastanawiała się, czy następnego dnia się obudzi, a wstając rano, myślała, czy dożyje jego końca? Jedyne, czego pragnęła to dostać od życia jak najwięcej: chciała nacieszyć się rodziną, skończyć studia, znaleźć pracę, doczekać się dzieci i wnuków oraz zestarzeć się przy boku kochającego męża. Czy to tak wiele? Każdy dostaje od losu szansę, jej ta szansa została odebrana w dzień, kiedy usłyszała diagnozę.
RECENZJA




Fragment: Książka Carpe Diem-Diane Rose pokazuje nam, jak ważna jest radość z tu i teraz, jak czas bardzo szybko mija i praktycznie nie mamy wpływu, aby go zatrzymać, mamy tylko możliwość wykorzystać każdy dzień do ostatniej sekundy. Możemy się tego uczyć od głównej bohaterki, której dewizą życia jest ,,Carpe Diem”, czyli chwytaj dzień.
RECENZJA



Fragment: Muszę przyznać, że „Carpe Diem” czytało mi się naprawdę bardzo lekko, przyjemnie, a co najważniejsze z zapartym tchem. A wszystko to dzięki nietuzinkowej i pełnej wzruszeń fabule, która okazała się historią wypełnioną ogromem emocji, oraz magią szczerej i prawdziwej miłości.



Fragment: „Carpe diem” to niezwykle piękna i wzruszająca historia, która uświadamia nam, jak kruche jest nasze życie i jak łatwo możemy je stracić. Dlatego powinniśmy cieszyć się każdą chwilą, każdym nowym dniem i czerpać z niego jak najwięcej. Bardzo często jako młodzi ludzie nie doceniamy tego, co posiadamy. Jak wielką wartością jest zdrowie. Tak naprawdę bez niego nic nie jesteśmy w stanie osiągnąć. Dzięki zdrowiu możemy spełniać własne marzenia, realizować pasje i życiowe plany. Nie każdy jednak dostaje taką szansę. Cenną wartością jest również czas. Żadna zmarnowana minuta nigdy nam się nie zwróci i nikt z nas nie wie ile czasu nam pozostało. Życie bywa bardzo zaskakujące.




Czytaj więcej >
Diane Rose - STRONA AUTORSKA © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka