Menu

"Nieuchwytni" - Rozdział I






Człowiek musi pozostawić na każdym przedmiocie codziennego użytku swoje indywidualne piętno, które oko doświadczonego obserwatora potrafi odczytać.

Sherlock Holmes







16 czerwca 1990 roku




KOLEJNA ZBRODNIA W PUSZCZY WKRZAŃSKIEJ


W piątek (15 czerwca br.) w południowej części Puszczy Wkrzańskiej dwie osoby spacerując z psem odkryły zwłoki 22-letniej kobiety. Policjanci zabezpieczyli miejsce zdarzenia. W pobliżu miejsca zbrodni znaleziono również 7-letnią dziewczynkę, jak się okazało siostrę zamordowanej kobiety. Policja do tej pory nie zdradziła szczegółów zbrodni. Prawdopodobnie siostra zamordowanej mogła widzieć sprawcę, aktualnie jednak przebywa w szpitalu. Czekamy na wypowiedź rzecznika policji. 

Jeden ze świadków zdarzenia przyznał się, że nigdy więcej nie chce oglądać czegoś takiego. Kobieta została zamordowana w brutalny sposób, sprawca zostawił jej ciało praktycznie na widoku. Z kolei jej siostrę świadek znalazł skuloną pod siedzeniem samochodu. Niczego więcej nie mógł nam powiedzieć.

Z nieoficjalnych źródeł wiadomo, że policjanci wiążą piątkowe wydarzenie z poprzednimi, brutalnymi morderstwami dwóch młodych kobiet. Przypomnijmy: pierwszego morderstwa w tym rejonie Puszczy Wkrzańskiej dokonano 15 maja tego roku. Znaleziono wówczas 24-letnią studentkę psychologii - Wiktorię Kwiatkowską. Drugiego morderstwa na tym samym obszarze dokonano 1 czerwca br.. Zamordowano wtedy 20-letnią studentkę dietetyki - Barbarę Kowalską. Jak do tej pory policji nie udało się ustalić kto był sprawcą tych morderstw. Wiadomo tylko, że mają one wiele elementów wspólnych.


Rozdział 1

Z uśmiechem zamknęłam laptop i odłączyłam go od rzutnika. Spojrzałam na moich studentów, którzy patrzyli z lekkim rozczarowaniem na moje poczynania. Pewnie chcieliby, żeby wykład wciąż trwał. Schlebiało mi to. Moje wykłady z procedury karnej były jedynymi, które gromadziły prawie cały komplet studentów. Cóż, to tylko potwierdza, że gdy się za coś zabieram, to robię to dobrze. Jestem perfekcjonistką w każdym calu. Tak samo było z moim doktoratem. Chciałam, to napisałam i tyle. Jak mogłabym odpuścić sobie pracę naukową? Powiedzmy, że mój promotor nie miał zbyt wiele do gadania. Jego zadaniem było przecież tylko sprawdzić to co napisałam i ustalić termin obrony, prawda? Oparłam się o biurko i uśmiechnęłam do studentów. 
- Czy mają państwo jakieś pytania? 
- Wiadomo już czy pani doktor będzie prowadziła wykłady z kryminologii? 
- O właśnie! A poruszy pani doktor tematykę profilowania? 
Patrzyłam w 200 par oczu wpatrzonych we mnie, a moje ego cieszyło się tytułem doktora, który był ściśle respektowany. 
- Wczoraj otrzymałam oficjalną decyzję o przydzieleniu mi tych wykładów. Oczywiście poruszę tematykę profilowania, która jest mi bardzo bliska. Zaproszę również psychologa policyjnego, zajmującego się profilowaniem, jak i kilku policjantów z wydziału kryminalnego. Myślę, że zajęcia będą dla państwa interesujące. A ile mniej więcej osób wybrało ten fakultet? 
Wyłapałam w tłumie starostę roku, który uśmiechnął się do mnie. 
- Wszyscy pani doktor. 
- Cieszy mnie to niezmiernie. Jeszcze jakieś pytania? - zapytałam z uśmiechem. 
- Opowie nam pani doktor kiedyś głębiej o jakiejś swojej sprawie? Tak krok po kroku. 
- Zrobię to na pewno na kryminologi - zerknęłam na zegarek. - Dobrze proszę państwa. Wykład uważam za zakończony. W następnym tygodniu czeka państwa kolokwium, składające się z dwóch kazusów i jednego pytania teoretycznego. Kazusy przygotowałam we współpracy z państwa ćwiczeniowcami. Mam nadzieję, że wszyscy uzyskają państwo wynik pozytywny. Na egzaminie oczywiście skala trudności będzie wyższa. Wszystkich odważnych zapraszam na ustny, ale o egzaminach będziemy mieli jeszcze czas porozmawiać. W każdym razie życzę państwu powodzenia. 
Zabrałam torbę z laptopem i ruszyłam w kierunku wyjścia zadowolona z kolejnego, perfekcyjnie przeprowadzonego wykładu. 
- Gabi! - zawołał ktoś za mną. Odwróciłam się i po chwili dołączył do mnie mój znajomy z prokuratury rejonowej. 
- Cześć - rzuciłam w jego kierunku. 
Szymon Tomaszewski był jednym z nielicznych przyjaciół ze studiów. Śmiem jednak twierdzić, że nie zaprzyjaźniłam się z nim z własnej woli. Od pierwszego roku praktycznie mnie prześladował. Siedzieliśmy razem na wszystkich ćwiczeniach i wykładach, chociaż naprawdę starałam się go unikać. Miał po prostu jakiś dziwny radar wyczulony na mnie. Znalazłby mnie nawet na sali wśród tysiąca moich kopii. To była po prostu przyjaźń przez zasiedzenie. Później wylądowaliśmy razem w tej samej prokuraturze rejonowej, u tego samego patrona. Dopiero w prokuraturze okręgowej mogłam od niego odpocząć, choć jak widać, z przyjemnością za mną krążył. Szczególnie, że byliśmy zmuszeni pracować na tym samym wydziale prawa, na szczęście w różnych katedrach. Błogosławione niech będzie rozdzielenie Katedry Postępowania Karnego od Katedry Prawa Karnego.
Dzisiaj na pewno ubrała go jego narzeczona, bo wyglądał jak człowiek, a to nie zdarzało się zbyt często. Zapewne był w sądzie, chociaż nie kojarzę, żeby miał jakąś rozprawę. Świetnie skrojony garnitur w kolorze khaki, który jakimś cudem wydłużał jego malutkie ciało na pewno nie był jego wyborem. Muszę przyznać, że jego narzeczona była mistrzynią stylizacji. Zazwyczaj nie potrafił się ubrać. Jego 170 centymetrów, na które składał się długi tułów i krótkie nóżki nie bardzo mu w tym pomagały. Kończyło się więc na jeansach i koszuli, ewentualnie sweterku w serek, w którym, nie wiedzieć czemu, chodził aż nazbyt często. 
- Ty mnie po prostu prześladujesz - ruszyłam w kierunku wyjścia z uczelni. 
- No daj spokój. Dawno się nie widzieliśmy - stwierdził z uśmiechem. 
- Widzieliśmy się wczoraj - mruknęłam. 
- Przypadkiem - podkreślił. 
- Zdecydowanie nie przypadkiem - zaprzeczyłam. 
- Jak uważasz, ale dzisiaj przyszedłem celowo. Byłem na rozprawie w tej sprawie podwójnego zabójstwa na działkach. 
- A co w niej ciekawego? - wyszliśmy z budynku wydziału. - To prosta sprawa. 
- Sąd skazał faceta na 25 lat - powiedział takim tonem, jakby to była największa tajemnica na świecie. 
- Sędziowie to często tchórzliwi przedstawiciele palestry, co w tym ciekawego? - zapytałam znudzona. 
- Piotrowski chciał od początku 25 lat - wyjaśnił. 
Stanęłam jak wryta i odwróciłam się do niego w szoku. 
- Żartujesz sobie? Przecież komisarz Michalski dał temu kretynowi wszystkie dowody podane na tacy. Śledztwo zostało idealnie poprowadzone. Nie dało się tego zepsuć - powiedziałam szybko na jednym wydechu. 
- Może chciał większego szumu w mediach? - Szymon wzruszył ramionami. - Teraz walczył o 25 lat i nie przedstawił wszystkich dowodów. Będzie szum, a on wyskoczy z nowymi dowodami. Może uda mu się doprowadzić do ponownego ruszenia sprawy. 
Pokręciłam głową nad głupotą tego człowieka. Zdecydowanie nie trawiłam Lucjana Piotrowskiego. Jedyne o czym marzył ten człowiek to szybka kariera, nic innego się nie liczyło. Szedł po trupach do celu, w dodatku liżąc wszystkim tyłki. Nie miałam do niego za grosz szacunku. 
- Piotrowski to gnida - westchnęłam. - Usunęłabym go z okręgu i wrzuciła z powrotem do rejonówki. 
- Nie mów o rejonówce jakby to była kompania karna - odparł urażony. Spojrzałam na niego z politowaniem. 
- W rejonówce siedzą albo młodzi, albo kretyni. Nikt inny. 
- Nie jestem kretynem! - zaprzeczył. 
- Człowieku, ty nie potrafisz wsadzić do więzienia kieszonkowca, nawet jeśli sam się do ciebie zgłosi i podpisze przyznanie się do winy w trzech egzemplarzach. 
Spojrzał na mnie wzrokiem zbitego psa. Westchnęłam. 
- Za to jesteś dobrym naukowcem - powiedziałam, chcąc załagodzić sytuację. 
Wsiadłam do jego samochodu, a on zrobił to samo i odpalił silnik. 
- Jak myślisz, będzie ktoś lepszy od ciebie? - zapytał. 
- Pewnie! Moje dzieci - odpowiedziałam z przekonaniem. 
- Wątpię. 
- Sugerujesz, że moje dzieci będą głupie? - spytałam zirytowana. 
Miałam nieodpartą chęć popełnienia morderstwa ze szczególnym okrucieństwem na Szymonie. Najlepiej z użyciem materiałów wybuchowych. Byłoby chociaż widowiskowo. Nie miałabym również problemów z załatwieniem materiałów. Na te jego metr siedemdziesiąt wystarczyłoby pewnie odrobinę prochu i jedna zapałka. Usmażony Szymon praktycznie bez wysiłku. 
- Nie. Sugeruję, że żeby mieć dzieci trzeba mieć jakikolwiek kontakt z płcią przeciwną. W twoim przypadku to raczej trudne. Każdy facet na ciebie leci, ale seks trwa dłużej niż 60 sekund, a ty tyle nie potrafisz wysiedzieć cicho. Natomiast jedno twoje zdanie przepłoszy każdego faceta. 
- Piękne podsumowanie mojej osoby - mruknęłam urażona. - Jest jeszcze in-vitro. 
- Oj, nie bocz się. Jedziemy na obiad? - spytał z szerokim uśmiechem. 
Pokręciłam głową. Ten człowiek był niemożliwy. Praktycznie zawsze był zadowolony. 
- Nie, podwieź mnie do prokuratury. Przejrzę akta i jadę na obiad do siostry. 
- Znowu chce cię swatać? - spytał ze śmiechem. 
- Nawet tak nie mów! - jęknęłam. 
Zarówno moja siostra, jak i matka obrały sobie w życiu ten sam cel - znalezienie mi męża. Niestety nie były w tym najlepsze. Najgorsze było to, że ja nikogo nie szukałam, a one nie mogły tego zaakceptować. Każda kolacja w rodzinnym domu w końcu sprowadzała się do tego jednego tematu i pytań, na które zdecydowanie nie chciałam odpowiadać.

Szymon zatrzymał się pod Prokuraturą Okręgową w Szczecinie, mieszczącą się w pięknym budynku z czerwonej cegły przy ulicy Stoisława, w którym miałam przyjemność pracować. Wysiadłam z samochodu nawet się nie żegnając. Szymon zdecydowanie działał mi na nerwy. Wytykał mi moje nieliczne wady z wprawą mojej młodszej siostry. Westchnęłam. Kolacja z nią czyniła zdecydowanie ten dzień mało udanym, jednak do tego smutnego wydarzenia miałam jeszcze kilka godzin.
Weszłam do gabinetu, wrzuciłam torebkę i sweterek do szafy. Następnie podeszłam do regału z podręcznymi aktami i z irytacją spojrzałam na potrzebne mi akta, które uparcie tkwiły na najwyższym regale. Jasna cholera! Tych kretyńskich sekretarek niczego nie dało się nauczyć. Miałam nieodparte wrażenie, że te istoty robiły to z premedytacją. Ile razy można im powtarzać żeby nie stawiały akt na dwóch ostatnich półkach? I w ogóle co za kretyn wpadł na pomysł, żeby kupić tak wysokie regały? To nie archiwum!
Pokręciłam głową. Niestety potrzebowałam tych akt. Stanęłam na przeciwko regału i starałam się wyciągnąć jak najbardziej w moich ukochanych szpilkach, które nijak nie współpracowały. W dodatku istniała ogromna szansa, że akta po prostu zlecą mi na głowę i rozsypią się po podłodze. Muszę w końcu coś z tym zrobić! Nikt w ustawie nie napisał, że prokurator ma mieć co najmniej dwa metry wzrostu!
Usłyszałam pukanie do drzwi. Nawet nie zdążyłam zareagować, ktoś po prostu od tak wszedł do mojego gabinetu i tyle, cisza. Co za brak wychowania! Odwróciłam się i spojrzałam na nieproszonego gościa. Patrzyłam na mężczyznę, na którego widok krew w moich żyłach zaczęła się wręcz gotować. Miałam nadzieję, że ten cholernie drogi podkład ukryje rumieniec, który zdecydowanie nie miał prawa pojawić się na moich policzkach. Prokuratorzy tak nie reagują! Nawet jeśli w ich gabinecie stoi cholernie wysoki i nieprzyzwoicie przystojny facet. W dodatku całkiem nieźle ubrany, bez obrączki na palcu. Takich mężczyzn już na świecie nie było. Jego szaroniebieskie oczy wpatrywały się we mnie z wyrazem bezgranicznego szoku. Odwróciłam wzrok, żeby nie widzieć dobrze zarysowanych mięśni pod czarnym podkoszulkiem i opiętą, skórzaną kurtką. 
- Policjant? 
Miałam nadzieję, że w moim głosie nie było słychać niechcianych emocji. Musiałam się uspokoić. Prokurator nie mógł okazywać emocji. Odczekałam chwilę, odpowiedź jednak nie nadeszła.
- To rusz się i ściągnij mi te akta. Zero wychowania!
Jeśli trzymanie emocji nie działa, to okaż swoje zirytowanie. To zawsze idealnie maskuje emocje. Podszedł do mnie i bez większych trudności ściągnął teczkę, na której mi zależało. Podał mi ją, chwyciłam akta, a następnie usiadłam przy biurku, zupełnie go olewając. 
- Mhm…pani prokura…. 
Jego obecność mnie irytowała. Szczególnie, że reakcja mojego ciała zdecydowanie nie była dla mnie pożądana. Musiałam się uspokoić i to przetrawić, a on mi przeszkadzał. 
- Czemu pan jeszcze nie wyszedł? Nie kojarzę pana więc raczej nie prowadzi pan żadnego mojego śledztwa, nie? Więc niech pan łaskawie wyjdzie. 
Na jego twarzy pojawił się wyraz irytacji. Przyznaję, że mnie zainteresował. Zacisnął mocniej szczęki, usta ułożyły się w cienką, prostą linię, a szaroniebieskie spojrzenie nabrało lodowatego tonu. Ściskał mocno akta śledztwa. Czego ode mnie oczekiwał? Czego się spodziewał? Nie zamierzałam mu niczego ułatwiać. O tym byłam przekonana. 
- Przyszedłem poprosić o pomoc w śledztwie. 
Czułam jak ogromną trudność sprawiło mu wypowiedzenie tych słów. Dla dobrego policjanta proszenie o pomoc prokuratora, którego w dodatku nie zna musiało być uwłaczające. Doceniałam to. Przez chwilę mierzyłam go uważnym spojrzeniem i czułam jego tłumioną wściekłość. Musiał być profesjonalistą. Zależało mu na rozwiązaniu śledztwa. Dlaczego go nie kojarzyłam? Naprawię ten błąd. 
Zamknęłam akta, wiedząc, że nie jest to dobry wybór. Powinnam za jakieś pół godziny zbierać się do siostry na obiad. Spóźnienie oznaczało praktycznie samobójstwo, ale nie mogłam nie odpowiedzieć na wołanie o pomoc. Ten człowiek bardzo mnie intrygował. Wstałam, ruszyłam w kierunku szafki, czując na sobie jego spojrzenie. Narzuciłam na siebie mój ukochany sweterek, zabrałam torebkę i ruszyłam do drzwi. Czułam jednak, że mój rozmówca nie załapał aluzji. Z kim ja pracuję?! 
- No idzie pan? Jestem głodna. 
- Ale pani proku…. 
- Opowie mi pan wszystko przy obiedzie. 
W ciszy opuściliśmy budynek prokuratury. Zmierzałam do mojej ukochanej pierogarni i zdecydowanie wiedziałam, że był to zły pomysł. Nie dość, że przyjadę spóźniona na kolację, to w dodatku najedzona. Jednak podobno łatwiej prosić o wybaczenie niż pozwolenie, więc cóż dzisiaj to sprawdzę. 
- Tak w ogóle, to Gabriela Sawicka. 
- Rafał Michalski, wydział kryminalny. 
Ten Michalski? Obrzuciłam go uważnym spojrzeniem. Jasna cholera! Teraz zdecydowanie bardziej chcę z nim pracować, muszę to w końcu załatwić. 
Większości prokuratorów było obojętne z kim pracują, policjanci byli dla nich pionkami. Ja to widziałam inaczej. Doceniałam ich pracę. Zaszczepił to we mnie prokurator Leon Sokołowski. Był prokuratorem, których dzisiaj już się nie widuje. Uwielbiałam go i do dziś przeklinam moment, w którym odszedł na emeryturę. Wypatrzył mnie na drugim roku studiów podczas wykładów z prawa karnego i od razu wziął pod swoje skrzydła. Chyba jako jedyna studentka miałam praktykę w prokuraturze okręgowej, a później apelacyjnej. W zasadzie nie byłam na praktyce poza prokuraturą, od początku tam był mój świat. Prokurator Sokołowski był wspaniałym człowiekiem, nieprzeciętnie inteligentnym i z żelaznymi zasadami moralnymi. To on wpoił mi podstawowe zasady, jakimi powinien się kierować prokurator w trakcie prowadzenia śledztwa, ale także te dotyczące funkcjonowania na co dzień. Prokuratorem jest się w końcu 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Nie ma wolnego. Nie ma urlopu. Nie zabieram pracy do domu, po prostu nigdy z niej nie wychodzę. 
Prokurator Sokołowski nauczył mnie również szacunku do policjantów. Tłumaczył mi cierpliwie, że powinniśmy działać w jednym zespole. Należało być wobec nich surowym, ale zawsze uczciwym. Mogliśmy od nich wymagać tyle samo, ile od siebie, nigdy więcej. Musi wytworzyć się więź pomiędzy prokuratorem, a policjantami prowadzącymi śledztwo. Każda strona powinna być gotowa skoczyć za drugą w ogień, wtedy nie ma mowy o przeciekach w śledztwie i innych nieprzewidzianych zdarzeniach. Cóż… naprawdę w to wierzyłam, ale nie było to takie proste. Prokurator Sokołowski czuwał nad moją asesurą z prokuratury apelacyjnej i zdecydowanie nauczyłam się od niego więcej, niż od mojego patrona. Powiedzmy, że oboje świętowaliśmy dzień, kiedy mogłam opuścić jego skrzydła i pracować bardziej na własny rachunek. Co się zaś tyczy prokuratora Sokołowskiego, to pilnował mnie dopóki nie przeszedł w stan spoczynku, a więc do momentu, w którym awansowałam do okręgu. Krótko po jego odejściu przekonałam się co do tego, że nigdy już nie spotkam tak mądrego człowieka w tym budynku. Wtedy też podjęłam jedyną słuszną decyzję, a mianowicie przestałam słuchać wszystkich, włącznie z moim przełożonym. I tak już zostało.

***

Siedziałem przy masywnym biurku, na którym pedantycznie ułożone były teczki z dokumentami. Wszystko do siebie pasowało i wyglądało schludnie, przynajmniej z pozoru. Na środku leżały „świeże” akta, a ja bezmyślnie się w nie wpatrywałem, podrzucając niedużą piłeczkę tenisową. Nienawidziłem tych papierów. Nie rozumiałem tej sprawy. Zirytowany cisnąłem piłką o podłogę. Odbiła się mocno i rąbnęła w stos papierów upchany w wielkich teczkach koło biurka, które stało na przeciwko mojego. Zacisnąłem mocniej szczęki zirytowany. Dawno nie byłem tak wkurzony własną niemocą. 
- Młody, zwariujesz przez to śledztwo. 
Podniosłem głowę i rzuciłem chłodne spojrzenie w stronę mojego… no właśnie, podobno mentora, w praktyce raczej przyjaciela i partnera. Odrzucił mi piłkę. Złapałem ją i obracałem w dłoniach. Nienawidziłem, gdy ktoś mówił do mnie „młody”. Szczególnie, że robił to cały wydział kryminalny. Czy kiedyś przestanę być „młody”? Nigdy nawet nie byłem „nowy”! Nie lubiłem też, gdy tzw. „starsi” mieli rację. Zdecydowanie przez to śledztwo zwariuję i to ich wina, bo jakoś nie znalazł się chętny do jego prowadzenia! Zasada spychologii w policji działała bardzo sprawnie: „starsi” brali śledztwa skomplikowane, ale z dużą szansą na rozwiązanie, te „proste” lub „trudne” i „paskudne” dostawali tacy, jak ja nowi i młodzi. 
- Idź do Sawickiej. - Zmierzyłem go uważnym spojrzeniem, ważąc jego słowa. 
Z Łukaszem Klimkiem współpracowałem od sześciu lat, a więc od momentu kiedy wylądowałem w wydziale kryminalnym tutejszej komendy wojewódzkiej. Był ode mnie starszy nie tylko wiekiem, ale również stażem, doświadczeniem i stopniem. Bardzo ceniłem sobie jego wiedzę. Pracował już prawie 12 lat w wydziale kryminalnym komendy wojewódzkiej. Wyglądało jednak, że ta praca nie odcisnęła na nim jakiegoś szczególnego piętna. Był bardzo lubiany w wydziale. Zastanawiało mnie to trochę. Przez 12 lat powinien uzbierać sobie sporo wrogów, a on nie miał praktycznie żadnych
Miał niecałe 190 cm wzrostu, trzymał formę jak tylko potrafił najlepiej. Często spotykaliśmy się na tej samej siłowni, ale do biegania nigdy nie mogłem go przekonać. Mieszkał na Pogodnie wraz z piękną żoną zakochaną w nim po uszy i dwójką dzieciaków. Córka z tego co pamiętałem, studiowała psychologię, a syn kończył liceum. Miał z nimi całkiem niezły kontakt. Marzyłem o tym, żeby ze swoimi dzieciaki mieć taki, kiedy dorosną.
Łukasz Klimek nie zmienił się przez te sześć lat jakoś szczególnie. Nadal do pracy przychodził spóźniony albo wychodził wcześniej. Ubrany w koszulę jeansową albo jakąkolwiek inną byle odpowiednio pogniecioną, czasem z okazji jakiegoś święta wkładał marynarkę, jednak ten styl idealnie oddawał to, kim był. Klimek nigdy nie przejmował się swoimi przełożonymi, on miał swoją robotę do wykonania. Nie ciągnęło go do awansu, po prostu był dobry, a wszyscy musieli go zaakceptować. 
Wciąż pamiętałem nasz pierwszy dzień. Sześć lat temu nie sądziłem, że dogadam się z tym człowiekiem…


Byłem podekscytowany. Nowy dzień w pierwszej pracy, nowy partner, nowe obowiązki, nowy przełożony. Stałem pod budynkiem Komendy Wojewódzkiej w Szczecinie, nie mogąc się tego wszystkiego doczekać. Miesiąc temu opuściłem SPAP, odpocząłem wraz z rodziną na wakacjach i wróciłem, by zacząć nowy rozdział mojej kariery. 
Wszedłem do budynku i przedstawiłem się dyżurnemu. Dochodziła siódma trzydzieści. Skierował mnie do gabinetu na drugim piętrze, gdzie urzędował mój nowy „mentor” - Łukasz Klimek. W zasadzie niczego o nim nie wiedziałem. Czułem jednak, że musi być kimś interesującym, skoro mój były przełożony skierował mnie właśnie do niego. Zapukałem do gabinetu, ale odpowiedziała mi głucha cisza. Usiadłem na ławce pod ścianą i czekałem.
Koło dziewiątej na korytarzu pojawił się jakiś starszy mężczyzna. Zdecydowanie dobiegał pięćdziesiątki. Miał na sobie sportową marynarkę, wyprasowaną koszulę i ciemne jeansy. Poderwałem się z miejsca, podczas gdy on przyglądał mi się z zainteresowaniem. 
- Komisarz Klimek? - spytałem. 
- Nie, nie ma go jeszcze? - zapytał, ale nie wyglądał na zdziwionego. 
- Czekam prawie dwie godziny - odparłem zrezygnowany. 
- Ty jesteś ten nowy, tak? Aspirant sztabowy Michalski? 
- Zgadza się - odpowiedziałem. 
- Jestem inspektor Dudek, naczelnik tego wydziału. 
- Miło mi poznać. - Uścisnęliśmy sobie dłonie. 
- No to nic, czekaj dalej. Łukasz czasem się spóźnia. - Wzruszył ramionami i ruszył w swoją stronę. 
Westchnąłem znudzony. Nie tak wyobrażałem sobie pierwszy dzień pracy. Nie zawsze jest kolorowo, ale nigdy jeszcze nie zaczynałem od siedzenia na korytarzu pod gabinetem przełożonego przez blisko dwie godziny.
O jedenastej pod gabinetem pojawił się mężczyzna grubo po trzydziestce. Miał na sobie skórzaną kurtkę, wygniecioną koszulę i ciemne jeansy, na nogach siwe trampki. Zatrzymał się pod gabinetem i obrócił w moją stronę. 
- Kto ty jesteś? - spytał. 
Miałem ochotę odpowiedzieć „Polak mały”, ale ugryzłem się w język. 
- Aspirant sztabowy Michalski - odpowiedziałem nawet nie wstając z miejsca. 
- O, to ty! - zawołał najwyraźniej zadowolony. Otworzył drzwi, prowadzące do gabinetu. - - Właź -nadal przyglądałem mu się zdziwiony. - No tak, nie przedstawiłem się. - Podszedł bliżej i podał mi rękę. - Komisarz Łukasz Klimek. 
Poderwałem się z miejsca lekko zakłopotany. To ja powinienem pierwszy mu się przedstawić, z tym że jakieś trzy godziny temu. Szczerze mówiąc byłem zawiedziony. Nie tego się spodziewałem, Klimek nie wyglądał na poważnego człowieka. 
- Co masz taką żałosną minę? 
- Czekam na pana trzy godziny - odparłem zirytowany. 
Szef szefem, partner partnerem, ale byłem szczerze wkurzony. Nienawidziłem, gdy ktoś mnie ignorował. 
- Trzeba było zająć się pracą zamiast siedzieć i marnować czas. - Wzruszył ramionami. 
- Ciekawe jak miałem to zrobić… 
- Dobra młody, przymknij się, to po pierwsze. - Usiadł za swoim biurkiem. - Po drugie tam masz biurokrację, która czeka na nadrobienie. 
Wskazał mi na stos papierów, walający się po podłodze. W zasadzie papiery były porozkładane na całej wolnej przestrzeni. Wszędzie był jeden wielki burdel. 
- I po trzecie, mów mi Łukasz, bo „pan” mnie postarza - dokończył. 
- Mam być twoim parterem, a nie sekretarką - warknąłem - to po pierwsze. Po drugie zdecydowanie nie szanuję ludzi niepunktualnych, a po trzecie, mów mi Rafał. 
- Wiesz co, młody? Jesteś całkiem wygadany jak na kogoś kto trafił tu tylko dlatego, że polecił go jego były szef - stwierdził z przekąsem. 
- Mam odpowiednie kwalifikacje, żeby tu być. 
- I co z tego? Chwilowo okazujesz brak szacunku starszemu partnerowi. 
Patrzyłem na niego oniemiały. Ten człowiek nie wyglądał na kogoś, kto potrafi szybko myśleć i rzucać cięte riposty. Mój błąd. Nie doceniłem go. 
- Prowadzę trudne śledztwo. I chętnie cię do niego włączę. Wiele o tobie słyszałem od twojego szefa ze SPAP i wiem, że jesteś dobry, ale chwilowo jesteś dla mnie tylko młodzikiem, który wypomina mi spóźnienie i nie chce robić archiwizacji. Rozumiemy się? - powiedział dobitnie. 
Rzuciłem swoją torbę koło biurka i zacząłem rozglądać się po gabinecie w poszukiwaniu najwcześniejszych dokumentów.


Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego tygodnia w tym gabinecie, który spędziłem na segregowaniu papierków. Pomasowałem skronie. Starałem się zrozumieć radę Klimka, ale była niejasna, co zresztą nie było niczym nowym. Nie zawsze wypowiadał się z sensem. 
- A po cholerę? Ona nawet nie ma tego śledztwa. 
- Młody…młody….młody. - Pokręcił głową, a ja miałem ochotę cisnąć piłkę prosto w jego twarz. - Miałeś w ogóle do czynienia z Sawicką? 
- Nie - mruknąłem, wiedząc, że wykorzysta to przeciwko mnie. 
- Prokurator Sawicka, hobbystycznie zajmuje się profilowaniem. Pomagała nam już przy kilku śledztwach, nakierowując nas na odpowiednie rozwiązanie. Idź poproś ją o pomoc. Ona też jest „młódka”, więc powinna ci pomóc. 
- Profiler? Czy to nie rola psychologów policyjnych? - spytałem szczerze zainteresowany. 
- Młody, jak ty mało wiesz o świecie - powiedział naczelnik wydziału, który właśnie wszedł do pomieszczenia. Musiał słyszeć naszą rozmowę. Świetnie! Jeszcze jego mi tutaj brakowało. 
Marek Dudek wprowadzał do wydziału Klimka i siłą rzeczy ja również dostałem się pod jego skrzydła, chociaż Bóg mi świadkiem, że wcale o to nie prosiłem, wręcz przeciwnie żywo protestowałem. Dudek uwielbiał chodzić po wydziale i we wszystko się wtrącać, gdy nie miał nic do roboty, a ostatnio robił to co raz częściej. Jednak ja od kiedy zacząłem śledztwo w tej feralnej sprawie aż do tej pory go nie widziałem. To tylko pokazywało, jak bardzo ta sprawa została „zepchnięta”. Nikt się nią nie interesował. Nawet on.
Osobiście nie przepadałem za Dudkiem, właśnie ze względu na jego kręcenie się po wydziale i wtrącanie w śledztwa, jednak to Klimek bywał z nim na stopie wojennej. Rzadko się zgadzali. Dudek był strasznie formalny. Liczyły się dla niego papiery i wyniki oraz coś, czym mógł się pochwalić przed komendantem. Dla Klimka liczyło się rozwiązanie śledztwa, a bałagan, który po sobie zostawiał był nieistotny. Dokładnie tym się różnili. 
- Pomaga nieoficjalnie. Jest w tym dobra, ma jakąś diabelską intuicję. Nie czekasz na opinię cztery lata. Daje wskazówki - wyjaśnił Klimek. - Jest wredna, ale da się z nią wytrzymać. Ja tam polecam - stwierdził całkiem poważnie. - Często z nią współpracuję. 
Zgarnąłem z biurka akta śledztwa. Byłem w takim dole, że równie dobrze mogłem iść do prokuratora. 
- Czekaj, młody! - zawołał Klimek. 
- Co znowu? - jęknąłem odwracając się do moich samozwańczych mentorów. 
Przyglądałem się z niepokojem ich specyficznemu wyrazowi twarzy. Zdecydowanie coś kombinowali. 
- Czy ty widziałeś już Sawicką? - zapytał Dudek. 
- Nie, jeszcze nie. 
- To pamiętaj: trzymaj penisa w spodniach i łapy przy sobie! - krzyknęli razem i wybuchnęli śmiechem. 
Popukałem się w czoło i ruszyłem w kierunku wyjścia z gabinetu. Nie miałem zielonego pojęcia o co im chodzi. Nie przypominałem sobie też, żeby kiedykolwiek mówili tak o zachowaniu w stosunku do kobiety, a już na pewno nie względem prokuratora. Martwił mnie też ich stan umysłu. Klimek był po czterdziestce, a Marek dobiegał sześćdziesiątki. Co oni mieli w tych głowach? Mam nadzieję, że ja nigdy tak nie skończę. 
- Gdzie ją znajdę? 
- Prokuratura Okręgowa - odpowiedział Klimek. 


Opuściłem ponury budynek komendy i z przyjemnością odetchnąłem świeżym powietrzem. Lubiłem wiosnę. Niestety przestępcy również nie gardzili tą porą roku. Szkoda, że psuli ten piękny moment, w którym wszystko na nowo rodziło się do życia czymś tak obrzydliwym jak morderstwo. To było wręcz niesmaczne. 
Wsiadłem do swojej terenówki. Co prawda prokuratura okręgowa znajdowała się jakieś półtorej kilometra od naszej komendy, ale samochód zawsze warto było mieć ze sobą. Byłoby jednak wygodniej, gdyby ktoś następnym razem pomyślał i umieścił budynek okręgówki koło naszej komendy, a najlepiej jeszcze wszystkie prokuratury rejonowe. Ruszyłem spod budynku i włączyłem się do ruchu.
Niekoniecznie lubiłem odwiedzać prokuratury, nie przepadałem za osobami tam przebywającymi. Prokuratorzy byli zupełnie innym gatunkiem ludzi. Zazwyczaj dzielili się na dwa typy: tych, którzy godni są szacunku i tych, którzy utrudniają śledztwo. Nienawidziłem tej drugiej grupy, niczego nie potrafili, wiecznie się wtrącali, a nawet jak jakimś cudem udało nam się przy kłodach rzucanych pod nogi złapać sprawcę to zazwyczaj przegrywali proces. Zawsze zwalali to na nas, a co ciekawsze sprawy robili medialne żeby się wypromować. 
Zdecydowanie bardziej szanowałem pierwszą grupę. Tacy właśnie powinni być prokuratorzy: pomagać w śledztwie nie wtrącając się i później wygrać proces. Niestety, takich było niewielu. No i rzadko trafiałem na prokuratora, którego bym polubił albo takiego, który doceniłby naszą pracę. Współpraca prokuratury z policją zazwyczaj była chłodna, nawet jeśli prokurator był pozytywnie nastawiony do policjantów. W swojej krótkiej karierze spotkałem tylko jednego prokuratora, który doceniał naszą pracę, wiedział, co robi, a atmosfera podczas prowadzenia śledztwa była bardzo pozytywna. To był człowiek, który zawsze był wobec nas uczciwy. Czasem wymagał od nas więcej, ale my skoczylibyśmy za nim w ogień, bo on zrobiłby to samo dla nas. Niestety krótko po moim przyjściu do pracy odszedł w stan spoczynku. 
Moje doświadczenie sprawiło, że nie lubiłem poznawać nowych osobników tego gatunku. Nigdy nie wiedziałem czego się po nich spodziewać. Westchnąłem i próbowałem sobie przypomnieć co do tej pory słyszałem na temat prokurator Sawickiej. Niestety nie było tego za wiele. Nazywała się chyba Gabriela. Pamiętam, że był okres kiedy mówili o niej wszyscy. Skończyła asesurę w terminie, zdała egzamin śpiewająco i bardzo szybko wylądowała w okręgu. Musiała więc być dobra. Niedawno skończyła trzydziestkę. Jednak jaka była? Jak reagowała na policjantów? Czy naprawdę sporządzała profile? Nie miałem pojęcia, ale byłem tak zdesperowany, że mogłem równie dobrze poprosić wróżbitę o pomoc przy tym śledztwie.
Wszedłem do budynku prokuratury okręgowej, zerknąłem na rozmieszczenie gabinetów i ruszyłem do pokoju 109. Zapukałem i nie czekając na proszę otworzyłem drzwi, po czym zamarłem.
„Jasna cholera!” W pełni rozumiem komentarz Klimka i Dudka. Patrzyłem właśnie na sylwetkę odwróconej do mnie kobiety, nie była wysoka i zdecydowanie co najmniej dwie trzecie jej ciała stanowiły nogi. Do diabła nie można mieć tak długich nóg przy tak niskim wzroście! To anormalne. Do tego czarne rajstopy, które wydłużały je jeszcze bardziej i niebotycznie wysokie szpilki na stopach. Jak ona w ogóle poruszała się w nich na tych dziurawych schodach?! Obcisła, ołówkowa spódnica tylko podkreślała jej kształty. Patrzyłem bezmyślnie jak prawie stając na palcach próbuje sięgnąć po akta z wyższej półki. Co tu się do diabła działo? 
Odwróciła się do mnie, jej kasztanowe włosy zafalowały przy tym ruchu. Obrzuciła mnie uważnym spojrzeniem. Ja natomiast obserwowałem jej piękne czerwone usta i granatową koszulę podkreślającą jej płaski brzuch i piękny dekolt. Jasna cholera! Prokuratorzy tak nie wyglądają! Uchwyciłem ponownie spojrzenie jej zielonych oczu, teraz znalazłem tam czystą irytację. 
- Policjant? 
Pokiwałem twierdząco głową oniemiały. 
- To rusz się i ściągnij mi te akta - mruknęła zdegustowana. - Zero wychowania! 
I kto tu ma zero wychowania? Wypadałoby poprosić! Ruszyłem do regału i bez problemu ściągnąłem jej akta. Nie raczyła nawet powiedzieć dziękuję, skierowała się tylko do swojego biurka i usiadła przy nim wraz z aktami, zupełnie mnie ignorując. Uwaga o trzymaniu rąk przy sobie również była słuszna. Miałem ochotę ją strzelić, żeby zwrócić na siebie uwagę. 
- Mhm…pani prokura…. 
- Czemu pan jeszcze nie wyszedł? - przerwała mi. - Nie kojarzę pana, więc raczej nie prowadzi pan żadnego mojego śledztwa, nie? Więc niech pan łaskawie wyjdzie. 
Zacisnąłem pięści. Mam ochotę właśnie to zrobić, wyjść i trzasnąć drzwiami. Nie miałem też pojęcia, jak ta upierdliwa kobieta mogła mi pomóc. Jednak naprawdę potrzebowałem pomocy. Zresztą jestem pewien, że Klimek i Dudek nigdy by mi tego nie odpuścili. Wyśmieją mnie, jeśli powiem, że mnie pogoniła. 
- Przyszedłem poprosić o pomoc w śledztwie. 
Słowa prawie utknęły mi w gardle. Nie mogłem uwierzyć, że do tego doszło. Gdzie moja godność?
Podniosła na mnie uważne spojrzenie, tak jakby oceniała czy powinna ze mną rozmawiać czy nie. Pokręciła głową. Zamknęła akta i wstała. Ruszyła w kierunku szafki, wyciągnęła torebkę i narzuciła na siebie kremowy sweter. Następnie ruszyła do drzwi. 
- No idzie pan? Jestem głodna. 
- Ale pani proku…. 
- Opowie mi pan wszystko przy obiedzie. 
Nie mając co ze sobą począć ruszyłem za nią. Jeśli prokuratorzy to inny gatunek, to ten osobnik tworzył chyba zupełnie nieznaną podkategorię. Poruszała się na tych szpilkach lepiej niż większość kobiet, szybko i pewnie. To raczej ludzie schodzili jej z drogi, co przy jej gabarytach wcale nie było takie oczywiste. Szedłem koło niej i uważnie obserwowałem. W zasadzie nic innego mi nie zostało. 
- Tak w ogóle, to Gabriela Sawicka. - Przedstawiła się od niechcenia. 
- Rafał Michalski, wydział kryminalny. 
- Michalski? Śledztwo w sprawie podwójnego zabójstwa na działkach? - spytała. 
- Tak - odparłem niepewnie. 
Zastanowiło mnie czy specjalnie zainteresowała się tą sprawą. Zazwyczaj jeśli prokurator pamiętał już jakieś nazwisko to drugiego prokuratora. Ewentualnie sędziego, który prowadził sprawę. Policjanta? Rzadko. W zasadzie nigdy. Byliśmy jedną, wielką, niebieską masą. 
- Sporo się przy nim napracowałeś. Szkoda tylko, że Piotrowski schrzanił na sali sądowej. Mógł na luzie walczyć o dożywocie, a tak ta gnida wyjdzie za 25 lat. 
- Podobno były okoliczności łagodzące. 
- Podobno to Piotrowski prawo skończył - stwierdziła. 
Zdecydowanie spodobało mi się jej podejście. Miło było słyszeć krytykę prokuratora od innego prokuratora. Sam byłem zszokowany zachowaniem Piotrowskiego, podałem mu morderce i dowody na tacy, a on od początku występował o 25 lat. Ten osobnik zdecydowanie należał do drugiej grupy prokuratorów, utrudniał mi każdą możliwą czynność. Prawie doszło do tego, że pisałem podania z prośbą o wyrażenie zgody na przeprowadzenie jakiejś czynności. Istny absurd! Gdyby każdy policjant w momencie znalezienia przestępcy pisał podanie do prokuratora z prośbą o możliwość jego zatrzymania i przesłuchania, to w Polsce zdecydowanie żyłoby nam się gorzej niż teraz. Niestety wytłumaczenie tego Piotrowskiemu graniczyło z cudem.
Weszliśmy do małej pierogarni i usiedliśmy przy stoliku najbardziej oddalonym od drzwi. Od razu podeszła do nas miła kobieta koło czterdziestki. Rude włosy były związane i wciśnięte pod opaskę, która próbowała utrzymać je w górze. 
- Jak zwykle pierogi ruskie i kawa, pani prokurator? - spytała z szerokim uśmiechem. 
- Zdecydowanie. 
- A dla pana? 
- Pierogi z mięsem i mocna kawa - odpowiedziałem, zerkając na menu. 
- Oczywiście. 
Kiedy tylko odeszła prokurator Sawicka odchyliła się na krześle i uważnie mi się przyglądała. 
- No, to mów Rafał. 
- Nie przypominam sobie żebyśmy przeszli na „ty”, pani prokurator - stwierdziłem chłodno. 
- Mówiłam przecież, że Gabriela jestem, nie? 
- Wolałbym pozostać przy „pan” i „pani” - upierałem się. 
Nie miałem zamiaru wchodzić z nią w bliższe relacje. Jeszcze z żadnym prokuratorem nie przeszedłem na „ty” i wolałem żeby tak zostało. 
- Jakiś ty poprawny politycznie, Michalski. 
Nie było szans, żeby przegadać kobietę, a kobietę prokuratora to już szczególnie. Lepiej było to po prostu zignorować i liczyć, że to ona się dostosuje, inaczej wyląduje się w areszcie za zniesławienie. 
- No więc prowadzę śledztwo w sprawie „kłusownika” z placu zabaw, jeśli pani prokurator kojarzy. 
- Ja nie mam kojarzyć, mam wiedzieć. Streść mi akta - odpowiedziała i najspokojniej w świecie zabrała się za jedzenie postawionych pierogów. 
Nie mogłem rozgryźć tej kobiety. Z takim prokuratorem się jeszcze nie spotkałem. Zająłem się swoim posiłkiem, zastanawiając się od czego zacząć. 
- W poniedziałek 22 lutego o godzinie 14:00 odbyło się uroczyste otwarcie placu zabaw i skateparku na Bezrzeczu. O godzinie 14:30, gdy na placu zabaw i skateparku przebywało najwięcej osób, padły pierwsze strzały. Sprawca strzelił dokładnie dwa razy, raniąc dwoje dzieci: czteroletnią dziewczynkę w łydkę i czternastoletniego chłopca w ramię. Sprawca użył wiatrówki - zacząłem. Zerknąłem na prokurator Sawicką. Jadła spokojnie pierogi, ale miałem wrażenie, że mnie słucha. - Na miejscu nie ma żadnych śladów. 23, 24, 25, 26, 27, 28 luty i nawet dzisiaj, codziennie o 14:30. W dniach 22-25 strzelał do dzieci. Zawsze do małej dziewczynki w wieku przedszkolnym i do starszego chłopaka w wieku szkolnym. W dniach 26-28 oprócz dwójki dzieciaków, atakował również dwoje rodziców. Strzały trafiają ofiary w łydki lub ramiona. Dzisiaj jedna z matek dostała w policzek, ale to na szczęście tylko draśnięcie. Obstawiliśmy cały teren placu zabaw, niestety bez większych rezultatów. Ten teren jest spory i znajduje się bardzo blisko lasu. Sprawca ma niespecjalnie ograniczoną liczbę kryjówek, wręcz przeciwnie. To tak chyba w skrócie. Bezrzecze to spore osiedle… 
- Wiem jak wygląda Bezrzecze - zastygła na chwilę z pierogiem nabitym na widelec. 
Zastanawiałem się czy naprawdę pomoże mi rozwikłać tę zagadkę. Ja osobiście się poddałem, a rzadko to robię. Po prostu nie miałam nawet pomysłu na żadne rozwiązanie. 
- Terror kryminalny - powiedziała w końcu i wróciła do jedzenia. - Zna pan definicję? 
- To bardzo rzadkie pojęcie - mruknąłem, wpatrując się w swój talerz. 
Było mi głupio. Nie lubiłem czegoś nie wiedzieć, albo nie pamiętać. Zdecydowanie wolałem być dobrze poinformowany. 
- Odnosi się raczej do zorganizowanych grup przestępczych - powiedziałem po chwili zastanowienia. 
- Terror kryminalny póki co nie doczekał się definicji legalnej. Wielu autorów wiąże go z jedną z metod działalności organizacji przestępczych, ale to najmniej ważna cecha - stwierdziła bez emocji. - Sprawca najczęściej korzysta z broni palnej lub materiałów wybuchowych. Głównie obejmuje przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu albo mieniu. Najważniejsza jest jednak motywacja sprawcy. Wiąże się ona zwykle z odwetem, zemstą lub porachunkami. 
Myślałem dokładnie nad tym co właśnie usłyszałem. Dotychczas w praktyce nie spotkałem się z tym zagadnieniem, ale… 
- Możliwe, że pasuje. 
- Na pewno pasuje - poprawiła mnie. - Sprawca ma około 45-60 lat. Młodszy odpada, bo nie starczyłoby mu cierpliwości i determinacji. Jest zorientowany na osiągnięcie określonego celu. - Zjadła kolejnego pieroga, po chwili jednak kontynuowała. - Potrafi posługiwać się wiatrówką, co jest oczywiste, jednak umiejętności te nabył raczej w młodości. Na pewno nie przestanie, a jego ataki będą coraz bardziej brutalne. On nie pudłuje, świetnie wie co robi. Powoli zwiększa napięcie. Mieszka w bardzo bliskiej okolicy. Dobrze czuje się w otoczeniu drzew lub zna świetnie teren albo i to, i to. - Upiła łyk kawy i pochłonęła kolejnego pieroga. - Czy jest wykształcony? Wydaje mi się, że ma co najmniej średnie wykształcenie, w końcu jakoś to zaplanował. Na pewno przejawia jakieś elementy psychopatii, ale nie jestem psychologiem, więc nie mogę być pewna. Nie lubi, gdy ktoś się z nim nie zgadza. Jest bardzo roszczeniowy. Nie zgadzał się na budowę placu zabaw. Nie lubi dzieci i hałasu albo z natury jest piekielnie złośliwy. Biorąc pod uwagę godzinę, o której atakuje to może być to emeryt lub rencista. Pasuje to zarówno do wieku sprawcy, jak i usposobienia. Pracoholika, którego nigdy nie ma w domu raczej aż tak nie irytowałyby dzieciaki i nie poświęciłby aż tyle czasu na próbę wyegzekwowania swoich racji. - Zakończyła i wróciła do jedzenia. 
Powoli trawiłem informacje. Wszystkie puzzle wskakiwały na swoje miejsce. 
- A dokładniejszy profil kiedy dostanę? - zapytałem. 
Spojrzała na mnie jakbym się urwał z choinki. Dokończyła swoje pierogi i dopiła kawę. 
- Pomagam w śledztwach, ale nie jestem profilerem. Jasne? Nie mam nic wspólnego ani z psychologiem, ani z psychiatrą. Jestem prawnikiem, ale ten temat zawsze mnie interesował. Podobno mam intuicję. W tej sprawie myślę, że nie trzeba mówić nic więcej. Masz motyw, masz sprawcę. Dasz sobie radę, znaczy pan da sobie radę. - Wstała, zabierając talerz. 
Obserwowałem jak podchodzi na chwilę do kontuaru i zamienia kilka słów z właścicielką. Przez chwilę myślałem, że jeszcze wróci, ale ruszyła w kierunku drzwi. Wstałem, a kobieta zza kontuaru, z miłym uśmiechem przyniosła mi rachunek. Podniosłem go i spojrzałem na niego z niedowierzaniem. 
- Zaraz….ale ja jadłem tylko pierogi z mięsem i piłem kawę. 
- Pani prokurator mówiła, że to pan płaci - wyjaśniła. 
Pokręciłem głową. W sumie nie rozmawialiśmy o tym kto płaci. Wydawało mi się jednak, że jej nie zapraszałem, to ona mnie tutaj wyciągnęła. Wyjąłem szybko pieniądze z portfela i zapłaciłem. Wyszedłem z pierogarni i stanąłem obok złodzieja przyłapanego na gorącym uczynku. To co prawda było wykroczenie, ale zawsze. 
- Chyba zapomniała pani zapłacić. 
- Nie zapomniałam. - Uśmiechnęła się szeroko. - To za pomoc w śledztwie. Był mi pan to winien - wsiadła do taksówki i cóż…tyle ją widziałem. 

Czułem, że jeszcze się spotkamy. Nie wiedziałem jednak czy powinienem się z tego cieszyć.

***

Z uśmiechem na ustach ruszyłam w kierunku drzwi. Stanęłam przed pierogarnią i czekałam na taksówkę zamówioną sms’em. Zerknęłam na zegarek. Byłam spóźniona godzinę i najedzona. Zginę śmiercią zdecydowanie nienaturalną.
Miałam nadzieję, że choć trochę pomogłam Michalskiemu. Nie powiem żebym go polubiła, ale wydawał się konkretnym facetem, a jego sukcesy sprawiały, że był policjantem godnym uwagi.
Zresztą lubiłam profilowanie. Profiler zawsze stawał przed trudnym zadaniem: miał małą ilość informacji albo ich nadmiar, mnóstwo teorii albo żadnej. Kiedy opowiadam studentom o profilowaniu mówię o puzzlach, ale nie o jednych, to by było zbyt proste.

Wyobraźcie sobie, że na podłodze przed wami leży wielka góra maluteńkich kawałków puzzli. Wiecie, że jest ich za dużo. Prosicie o pomoc kogoś, kto zastał taki bałagan. Pytacie się go czy coś zauważył. Pokazuje wam trzy pudełka puzzli po tysiąc kawałków. Niestety ich etykiety są tak stare, że nie da się rozszyfrować o jakie obrazki chodzi. Macie więc mnóstwo elementów, które tworzą ze założenia trzy całości, ale który obrazek powinniście ułożyć najpierw? Jakich kawałków do tego potrzebujecie? I jak dokładnie wygląda ten obrazek? Czy macie wszystkie kawałki? Tym właśnie jest profilowanie. 

- Chyba zapomniała pani zapłacić. - Usłyszałam męski głos tuż obok siebie. 
Spojrzałam na Michalskiego z politowaniem i uśmiechnęłam się. 
- Nie zapomniałam. To za pomoc w śledztwie. Był mi pan to winien - odparłam. 
Wsiadłam do taksówki i z satysfakcją obserwowałam malujące się na jego twarzy zdumienie. 

Wiedziałam jednak, że wkrótce się spotkamy. Muszę bliżej współpracować z tym człowiekiem. Teraz jednak nie miałam na to czasu.


W taksówce zerknęłam jeszcze na ekran komórki. Widniała na nim informacja o dziesięciu nieodebranych połączeniach i trzech sms’ach. Nie było tak źle. W sumie spodziewałam się zablokowanej skrzynki. Miały chyba dzisiaj kiepski dzień.
Wysiadłam z taksówki pod dużym domem mojej młodszej siostry na Gumieńcach. Nie mam pojęcia dlaczego wybrała akurat tę dzielnicę, ani stąd blisko do centrum, ani do lasu. W zasadzie nie wiem, o co chodzi z tym osiedlem. Niby ładnie, ale jakoś tak dziwnie położone. Zawsze mi nie po drodze, szczególnie dzisiaj. Najchętniej bym stąd uciekła, ale było już za późno. Byłam pewna, że cała moja rodzina tkwi w oknie i mnie wypatruje. 
Wpisałam kod dostępu do furtki i weszłam na idealnie utrzymane podwórze. Nie rozumiałam tej dbałości o każdy detal i szczegół: trawa była równo przycięta, chwastów nie było, kwiaty nie gubiły płatków, a drzewa rosły prosto w górę. Czysty grill stał na werandzie, a wszystkie inne niepotrzebne rzeczy upchnięte były w szopie za domem. Było w tym coś pedantycznego i zdecydowanie niebezpiecznego. Otworzyłam drzwi do domu i… 
Gdzieś ty do diabła się podziewała?! Wiem, że jesteś upośledzona społecznie, ale wysłanie sms’a to naprawdę nie jest nic strasznego! 
Przez chwilę wpatrywałam się w moją apodyktyczną, młodszą siostrę, która ku mojemu nieszczęściu była wyższa ode mnie o dziesięć centymetrów. Niestety byłam kurduplem. Nawet moja matka miała 170 cm, a mi zabrakło dwóch centymetrów do tego magicznego średniego wzrostu. Nie wiem, co ja w ogóle robię w tej rodzinie. Ojciec architekt, matka i siostra polonistki, a ja wyskoczyłam jak Filip z Konopi, nie dość, że prokurator, to jeszcze niski. Minęłam to wredne stworzenie o długich blond włosach i wpadłam na moją matkę, która mierzyła mnie surowym spojrzeniem. 
- Byłam w pracy - rzuciłam za nim zdążyła na mnie nawrzeszczeć i przemknęłam do bezpiecznego salonu, w którym na kanapie siedzieli, jak zwykle spokojni, mężowie tych dwóch wariatek. 
- Cześć tato, cześć Krzysiek. 
Usiadłam koło ojca na kanapie, a on objął mnie swoim silnym ramieniem. Uwielbiałam jego oczy koloru morza, spokojny wyraz twarzy i białe wąsy, które matka z uporem maniaka przycinała mu każdego dnia. Był moją oazą spokoju i jedynym, który akceptował moją pracę. 
- Cześć, księżniczko. 
- Wiesz, że one ci nie odpuszczą? - spytał cicho Krzysiek i puścił mi oczko. 
Patrzyłam na tego olbrzyma z nadzieją na ratunek. Wiedziałam jednak, że nie mam na co liczyć. Te jego słodkie, zielone oczy mówiły tylko jedno: „jestem pod pantoflem twojej siostry”. Westchnęłam zrezygnowana. A jeszcze nie zdążyła przyznać się do tego, że nie jestem głodna! 
- Zaraz podam ci coś do jedzenia - powiedziała matka z uśmiechem. 
- Jadłam już - odpowiedziałam. 
Zauważyłam szok, który odmalował się na jej twarzy, ale powstrzymała się. Nie było dobrze. Siostra wcisnęła mi w dłoń malutką karteczkę. 
- No już, zobacz co ci załatwiłam - powiedziała wesoło. 
Rozwinęłam zawiniątko i ze zdziwieniem wpatrywałam się w nieznany adres mailowy. 
- Co to jest? 
- Musisz tam napisać! - stwierdziła moja siostra, tonem nieznoszącym sprzeciwu. 
- Po co? To jakaś loteria fantowa? 
- Nie. To twoja przyszła miłość! - krzyknęła moja siostra oburzona. 
Nie lubiłam gdy matka i siostra mnie swatały. To wszystko zawsze się źle kończyło. Raz wylądowałam na randce z hydraulikiem. Nie był to dobry pomysł. Pochwalił mi się, że ukradł jakąś chińską wazę za to, że nie dali mu napiwku za robotę. Co ja biedna mogłam zrobić? Zadzwoniłam po policję żeby go zatrzymali. Nie był zadowolony. 
- Prosiłam was żebyście nie szukały mi facetów. 
- Niestety sama sobie nie radzisz - stwierdziła kategorycznie moja matka. 
Czułam się jak wyrodna córka, która nie podarowała jej wnuka. Co niby było w tym złego? Nie każda kobieta musi być Matką Polką. 
- Mamo… 
- Spokojnie tym razem jest wykształcony! - zapewniła z przejęciem moja siostra. - To znajomy Krzyśka. 
- I ty Brutusie przeciwko mnie? - jęknęłam, rzucając mu zrezygnowane spojrzenie. 
- Ale on ma doktorat i habilitację i jest przystojny. Gwarantuję, że będziesz zadowolona - wyrecytował na swoje usprawiedliwienie. 
Wpatrywałam się bezmyślnie w kartkę. Wiedziałam, że będę musiała do niego napisać, czy tego chcę czy nie. Nie podobało mi się to. Już planowałam zgubienie kartki. 
- A on ma chociaż jakieś imię? - spytałam zrezygnowana. - I niby z czego ma ten doktorat? 
- Dowiesz się, jak napiszesz - Krzysiek uśmiechnął się przepraszająco. - On też niekoniecznie chce kogoś poznawać. 
- Cudownie…. 
Czułam, że ta mailowa znajomość to będzie kolejny niewypał. Co jednak miałam zrobić? Cała rodzina liczyła na to, że się w końcu ustatkuję. Nie mieli pojęcia, że problemem nie był facet. Ich mogłam mieć na pęczki. Wystarczyło rzucić hasło, że kogoś szukam. Niestety to nie było takie proste. Ja nikogo nie szukałam. Już nie. Moja rodzina nie mogła tego jednak zaakceptować.



***


Siedziałem sam. Ostatnio często byłem sam. W zasadzie to nie było nic nowego. Często byłem trzymany w zamknięciu, przyzwyczaiłem się już do tego. Ściany w tym pokoju były kolorowe, w tym który zajmowałem poprzednio również tak było, ale nie interesowało mnie to zbytnio. W tym miejscu nie otaczały mnie kolory, a wszechobecna dojmująca cisza, przerywana jakimiś krzykami, śmiechem, czy skargami innych przebywających tu osób. Czasami dochodziły do mnie również rozmowy personelu, którym nie chciałem się przysłuchiwać.

Przyzwyczaiłem się już do faktu tej pozornej wolności, bo przecież nie byłem zamknięty, nie siedziałem w zamknięciu. Byłem wolny, a przynajmniej pozory wolności próbowano tutaj stworzyć każdego dnia. Mogłem wyjść ze swojego pokoju, mogłem podejść do innych pacjentów, mogłem porozmawiać z personelem, mogłem uzyskać zgodę i wyjść do ogrodu, niby wszystko mogłem, ale nie byłem wolny, bo to co mogłem ograniczało się tylko do tego co mieściło się w tym budynku i do ogrodu otoczonego wysokim płotem, to były moje ograniczenia, które mogłem znieść, ale często doskwierała mi właśnie samotność.

Nigdy nie lubiłem być sam, w zasadzie tylko tego nie lubiłem. Samotność i bezczynność, to właśnie to doskwierało mi najbardziej w tym miejscu. Mama nie miała czasu, żeby mnie odwiedzić, zresztą było tutaj daleko, a wcale nie była w najlepszej formie. Brat również mnie nie odwiedzał. Był zajęty planowaniem ślubu ze swoją narzeczoną, czego zupełnie nie potrafiłem pojąć. Jak zdrowy na umyśle mężczyzna mógł mieć tylko jedną kobietę i traktować ją na równi ze sobą? 

Każdy mężczyzna ma prawo do wielu…bardzo wielu kobiet. W końcu jesteśmy lepsi, jesteśmy wybrani, bo to Bóg stworzył nas jako pierwszych na swoje podobieństwo. Kobiety nie mogły się z nami równać, powstały bowiem z nas, ich zadaniem musiało być służeniem nam. Mieliśmy pełne prawo traktować kobiety jak przedmioty, bo choć były istotami ludzkimi tak jak my, to jako te powstałe z nas nie mogły się z nami równać, ich egzystencja nie była tak samo ważna jak nasza. Kobiety nigdy nie podbijały dalekich krajów, nie prowadziły wojen, ani niebezpiecznych rejsów po wzburzonych wodach. Ich życie było bardzo ograniczone, ale nie było w tym nic złego. Każdy na tym świecie miał jakąś misję do wypełnienia. Mężczyźni mieli podbijać, zdobywać, odkrywać, a kobiety miały być przy nich, być na każde ich skinienie, każdy rozkaz, gotowe na spełnienie najmroczniejszych fantazji, to było bowiem celem ich egzystencji na planecie zwanej Ziemią.

Psychiatra, który się mną zajmował nie podzielał mojego poglądu. Podczas naszych rozmów starał się mnie, jak to ujął „wyprowadzić z egzystencjalnego błędu”. Tłumaczył mi, że kobiety nie są przedmiotami, ale są istotami ludzkimi takimi jak on, czy ja i mają prawo do życia według własnego pomysłu i wcale nie muszą służyć mężczyznom. Ja zaś nie byłem w stanie wytłumaczyć mu, że wcale nie jestem w błędzie, to właśnie on w nim był. Skoro jednak nie chciał przejrzeć na oczy, to nie było to dla mnie istotne. Znacznie wcześniej przekonałem się, że mężczyzn takich jak ja, którzy nie boją się sięgać po to co im się należy wcale nie jest tak wielu jakby się mogło zdawać, ale to także nie było dla mnie istotne. Jeżeli nie chcieli korzystać ze swoich przywilejów, wcale nie musieli, to była ich indywidualna sprawa, a ja nie byłem zmuszony do tego, żeby zmieniać ich światopogląd, to nie była moja misja.

Wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Obserwowałem wysoki płot, który oddzielał mnie od świata, w którym królowała wolność, a mężczyźni tacy jak ja, mogli korzystać ze swojego prawa, nawet jeśli ktoś próbował je ograniczać, to skoro nadal byłem na wolności, to znaczyło to, że na moje działania było przyzwolenie.

Spojrzałem w kalendarz. Jeszcze trochę czasu musiałem tutaj wytrzymać, tylko trochę. Później mnie wypuszczą, zerwą niewidzialne kajdany i znowu będę wolny niczym orzeł, który wyrusza na łowy. Czułem jak budzi się we mnie ten cudowny instynkt drapieżnika, już tak niewiele zostało do kolejnego polowania. Włożyłem rękę do kieszeni i ścisnąłem damski wisiorek, z zawieszką w kształcie lecącego orła, który był pamiątką po mojej pierwszej ofierze, po moich pierwszych, wspaniałych, prawdziwych, niezapomnianych łowach.






Skontaktuj się ze mną, jeśli masz ochotę :)


Diane Rose - STRONA AUTORSKA © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka