Menu

Druga szansa - Rozdział I


Kraków, 12.04.2012 r.


NIESZCZĘŚLIWY WYPADEK WKKW 

Podczas eliminacji do finału WKKW w kategorii CNC rozgrywanych w Strzegomiu doszło do nieszczęśliwego wypadku. W jego wyniku 19-letni zawodnik, Szymon Wilk został przewieziony w ciężkim stanie do szpitala, a w wyniku doznanych obrażeń został uśpiony jego koń - Sokrates.

Do wypadku doszło w końcowej fazie krosu. Ustalono, że koń uderzył głową w stałą przeszkodę, a następnie wpadł do suchego rowu przed przeszkodą, w wyniku upadku zarówno koń, jak i jeździec odnieśli bardzo poważne obrażenia. Nie wiadomo czy zdarzenie było wynikiem błędu zawodnika - Szymona Wilka, w wyliczeniu miejsca odskoku. Komisja WKKW PZJ przygotowuje raport w tej sprawie.

Szymon Wilk był wschodzącą gwiazdą polskiego WKKW, od kiedy w wieku 11 lat zadebiutował w zawodach w klasie młodzików. Od tamtej pory nie przegrał i pozostał niepokonanym juniorem. Dotychczas nikomu nie udało się powtórzyć jego sukcesu. Wróżono mu karierę olimpijską. Eliminacje w Strzegomiu były jego debiutem w klasie seniorów.

Mariusz Kowalski







Pogalopuj ze mną… Przed siebie… Tak bez celu… 

Poznaj smak wolności. Nie bój się, wrócisz… 

Zobaczysz świat bez końca i początku… 

Deszcz zmyje twój niepokój… 

Blask gwiazd napełni nadzieją…

Pospiesz się! 

Ja już jestem daleko… 

Znajdziesz drogę?

Autor nieznany



ROZDZIAŁ I

Stałem przed lustrem i przyglądałem się młodemu mężczyźnie. Miał 22 lata i 190 cm wzrostu. Jego czarne włosy opadały na pozbawioną wyrazu twarz. Miał wspaniałe piwne oczy, w których widziałem ból, strach i pogardę do samego siebie. Przeniosłem spojrzenie na jego wyrzeźbione ciało, które zawdzięczał latom treningów. Na lewym boku miał starannie wykonany tatuaż. Pochylone litery układały się w zdanie „noli me tangere”. 
I tu był właśnie problem…Tym mężczyzną, z wyjątkiem uczuć odmalowujących się w jego spojrzeniu, byłem kiedyś ja, teraz już się nim nie czułem. Czasami miałem wrażenie, że mam na sobie kostium i tylko oczy zdradzają, że nie jestem sobą. Dotknąłem tatuażu i miałem wrażenie, że mnie pali. Założyłem koszulkę, nie mogłem już na niego patrzeć. Za każdym razem, kiedy to robiłem czułem się hipokrytą. Zrobiłem go, mając 18 lat, wtedy myślałem, że cały świat leży u moich stóp. „Noli me tangere” znaczy tyle co nie zatrzymasz mnie, jeszcze cztery lata temu dokładnie taki byłem. Nic nie mogło mnie powstrzymać przed osiągnięciem celu. Teraz było jednak inaczej. Byłem tchórzem. Byłem przegranym. Gardziłem sobą i nienawidziłem siebie.
Podwinąłem koszulkę i jeszcze raz zerknąłem na tatuaż. Chyba powinienem go w końcu usunąć.



Wszedłem do sporego budynku, w którym mieścił się Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. 
Tak…tak, studiuję prawo. Dlaczego? Przyznaję, że od zawsze mnie to pociągało. I nie chodzi tylko o pieniądze jakie można zarobić po skończeniu tych studiów. Po prostu lubię prawo. Dlaczego? Uwielbiam być dobrze poinformowanym obywatelem i udowadniać wszystkim wokół, że nie mają racji - polecam, to naprawdę dobra zabawa. 
Zresztą co niby miałem studiować? Większość kierunków tak naprawdę nie istnieje w tym sensie, że nie można po nich niczego osiągnąć. Natomiast prawo nadal stanowi jakiś prestiż, a dzięki temu wciąż można się pochwalić tym, co się studiuje.
Zapytacie pewnie, jak radzi sobie były sportowiec na Uniwersytecie Jagiellońskim? Odpowiem Wam z wielką przyjemnością, że doskonale. Aktualnie jestem na trzecim roku i jak dotąd nie miałem żadnej poprawki, jeździłem na konferencje i pisałam artykuły do monografii, co więcej dwukrotnie uzyskałem stypendium ministra za wybitne osiągnięcia w nauce. Niech Was to tylko nie dziwi! Już w podstawówce byłem uważany za wybitne dziecko. Ukończyłem ją ze średnią 6,0. Mogę również pochwalić się ukończeniem gimnazjum z końcową średnią 5,9 - w tym miejscu pragnę pozdrowić zawziętą chemiczkę, która po prostu się na mnie uwzięła i bezczelnie postawiła mi 5 na koniec roku, zapamiętam to sobie! Jak się już pewnie domyślacie liceum również ukończyłem z zadowalającą średnią 5,9 - tym razem uszanowanie dla fizyczki, co za upierdliwa kobieta! Mimo wszystko widzicie teraz, że dostanie się na prawo było tylko formalnością. 
- Cześć! 
Zatrzymałem się i odwróciłem. Cóż miałem nadzieję, że spotkam ją później. Nie znosiłem bowiem jej towarzystwa w dużych dawkach. Czasami udawało mi się usiąść samemu na wykładach, ale jak widać dzisiaj mam pecha.
Dziewczyna zarzuciła mi ręce na szyję i obdarowała mnie słodkim pocałunkiem. Świetnie…znowu się kleję od tego przeklętego, syntetycznego błyszczyka. 
- Tęskniłam! 
- Nie widziałaś mnie tylko 72 godziny - mruknąłem. 
- I co z tego? - spytała niewinnie. 
Westchnąłem. Monika była przepiękną studentką prawa, dorabiającą sobie w modelingu. Nie muszę wspominać, że była najpiękniejsza na roku, prawda? Miała długie blond włosy, 180 cm wzrostu i wspaniałą figurę, którą raz na jakiś czas pokazywała na światowych wybiegach. Jak widzicie moja dziewczyna jest idealna, zarówno piękna, jak i inteligentna. Problem w tym, że w ogóle mnie nie rozumie i bywa piekielnie upierdliwa. Jednak nie mogłem z nią zerwać. Potrzebowałem jej, by podbudować swoje podkopane ego. Nie zarzucajcie mi tylko, że traktuję ją przedmiotowo! Ona wcale nie jest lepsza. Jest ze mną tylko dlatego, że nasze rodziny robią ze sobą wspólne interesy i wprost się uwielbiają. W zasadzie jesteśmy na siebie skazani. 
- Napisałeś już glosę do tego wyroku SN? - spytała. 
- Po co pytasz, skoro znasz odpowiedź. 
Jedną z jej wad jest to, że zawsze musi coś mówić. Nigdy nie przestaje, dosłownie jeśli wiecie co mam na myśli. Nie znosiła ciszy, a szkoda… 
- A przygotowałeś się na….. 
- Tak, przygotowałem się już do wszystkich egzaminów - przerwałem jej. 
Zauważyliście pewnie, że od początku próbuję Wam udowodnić, że jestem najlepszy? Mam świetne wyniki w nauce, najpiękniejszą dziewczynę. W tym miejscu mogę również wspomnieć o moim pokaźnym koncie i samochodzie marki audi. Zastanawiacie się po co? To proste, czuję się przegranym. Nienawidzę siebie. Gardzę sobą. Zawaliłem coś na czym naprawdę mi zależało. Osiągając najlepsze wyniki i mając u boku Monikę, staram się udowodnić sobie i innym, że jestem coś wart. 
Tak wiem, jestem żałosny.
Usiedliśmy z tyłu sali wykładowej. Wyjąłem z torby mój macbook air 13 cali, cóż…dobry sprzęt to podstawa. Otworzyłem plik z wcześniejszymi wykładami i zupełnie zignorowałem Monikę, teraz byłem w świecie postępowania karnego.



Niechętnie podniosłem wzrok na Roberta, którym gardziłem jeszcze bardziej niż samym sobą. Ten człowiek zawsze był w pobliżu, nieważne czy byłem na szczycie, czy na dnie tak jak teraz. Nie łudźcie się jednak, nie był, nie jest i nie będzie moim przyjacielem. 
- Jak się dziś miewasz, wschodząca gwiazdo? 
- Czego chcesz tym razem? - zapytałem chłodno. 
- Chciałem ci powiedzieć, że mógłbyś w końcu wrócić do WKKW, wiesz trochę nudno mi bez ciebie… 
Irytujący i okrutny, to dwa słowa idealnie opisujące Roberta, w zasadzie do tej listy mógłbym dodać jeszcze przymiotnik mściwy. Kiedyś w ogóle bym z nim nie rozmawiał i go zignorował, ale teraz było to naprawdę trudne. Był najgorszym, żywym wspomnieniem z mojego poprzedniego życia. Od zawsze był moim rywalem, przynajmniej on tak uważał. Ja niespecjalnie go zauważałem. Zawsze był drugi albo trzeci, nigdy pierwszy, pisząc „nigdy” dosłownie mam na myśli to słowo. Chodziłem z nim do podstawówki, gimnazjum i liceum, a także wspólnie braliśmy udział w zawodach, jak się domyślacie to ja zawsze byłem tym pierwszym. 
- Ciesz się, że mnie tam nie ma, bo skopałbym ci tyłek - rzuciłem. 
- Ta…jasne, a może zabiłbyś kolejnego, obłędnie drogiego konia? 
Tym razem przegiął. Zawsze wiedziałem, że jest parszywą gnidą, ale żeby do tego stopnia? Odwróciłem się i zacząłem zmierzać w kierunku wyjścia. Nie interesowało mnie, to że wygląda jakbym uciekł. W zasadzie uciekałem, ale nie przed nim, za to przed sobą i przed wspomnieniami, które dręczyły mnie w każdej minucie mojego życia. 
- Nie obrażaj się! 
Byłem już na zewnątrz, wsiadłem do samochodu i ruszyłem do domu. Musiałem odreagować, a znałem na to tylko jeden dobry sposób - bieganie. 



Biegłem przez mało uczęszczane alejki parku, uwielbiałem to. Bieg przed siebie, a później całkowite zmęczenie, które pomagało zagłuszyć głos serca i nachalne myśli. Niestety nigdy nie pogodziłem się z faktem, że jestem przegranym. Wystarczyło kilka słów Roberta, a ja na nowo odtwarzałem wydarzenia tamtego dnia, który skutecznie przekreślił moją karierę.
WKKW to Wszechstronny Konkurs Konia Wierzchowego. Te zawody często nazywane są jeździeckim triathlonem lub królową jeździeckich sportów, co moim zdaniem idealnie oddaje ich charakter. WKKW jest bowiem najtrudniejszym sprawdzianem dla jeźdźca i jego konia. Trwa trzy dni, podczas których odbywają się trzy konkurencje: próba ujeżdżenia, próba terenowa - kros, próba skokowa. Normalnie te trzy próby traktowane są jako osobne zawody, dlatego właśnie WKKW jest królową jeździeckich sportów. Jesteś dobry w skokach? Świetnie, ale to jeszcze za mało by wygrać. Zarówno ty jak i twój koń, musicie być wszechstronnie uzdolnieni i cholernie wytrzymali. Inaczej nie macie czego szukać na zawodach.
Zadebiutowałem w wieku 11 lat w klasie młodzików. Mój pierwszy start w zawodach był bardzo udany, nie ma co ukrywać, wygrałem. Wtedy nikt jeszcze nie traktował mnie poważnie i się ze mną nie liczył, ale to powoli się zmieniało. Wygrałem dwie kolejne edycje, a następnie w wieku 14 lat zwyciężyłem w grupie juniorów młodszych. W wieku 15 lat, gdy zgarnąłem swój piąty złoty puchar za zwycięstwo w finałach, zacząłem być nazywany wschodzącą gwiazdą. Nie przegrałem ani jednych eliminacji i nie zanosiło się na to, że coś się zmieni w tym temacie. Ludzie przychodzili mnie oglądać, największe polskie kluby jeździeckie chciały żebym został ich członkiem i występował pod ich patronatem. To było istne szaleństwo. 
W wieku 16 lat, zwyciężyłem po raz pierwszy w grupie juniorów i od rodziców dostałem wspaniałego konia - Sokratesa. Co tu dużo ukrywać, to był świetny koń. Pochodził z jednej z najlepszych światowych hodowli trakenów. Szczerze mówiąc do tej pory nie wiem ile kosztował. Jazda na tym wspaniałym, karym wierzchowcu była spełnieniem marzeń. Sokrates zawsze wykonywał moje polecenia, co zawdzięczałem temu, że ktoś bardzo dobrze go ujeździł i świetnie przygotował go do zawodów WKKW. Był po prostu do nich stworzony. Właśnie dzięki niemu wygrałem kolejne dwa lata z rzędu i dokonałem czegoś niesamowitego. Wygrałem osiem finałów WKKW, nie przegrywając ani jednych eliminacji. Byłem na fali, byłem gwiazdą, stałem się niezapomniany. 
W wieku 19 lat w Strzegomiu wziąłem udział w moich pierwszych eliminacjach w grupie seniorów. Wszyscy czekali aż powtórzę swój sukces z poprzednich lat i wróżyli mi miejsce w kadrze olimpijskiej, co było moim wielkim marzeniem. 
Niestety wtedy w Strzegomiu skończyło się wszystko. Codziennie odtwarzam wydarzenia z tamtych eliminacji. Pierwszego dnia zawodów wygrałem bezkonkurencyjnie próbę ujeżdżenia. Drugiego dnia wziąłem udział w krosie. Jechałem na przeszkodę, tak jak zwykle, odważnie, bez zastanowienia. Zawsze polegałem na swoim instynkcie i na moim koniu, którego możliwości dobrze znałem. To była już końcowa faza tej konkurencji, chciałem po prostu wygrać, tylko to się dla mnie liczyło. To była tylko chwila, gdy Sokrates uderzył głową w stałą przeszkodę i zwalił się do suchego rowu. Nie zdążyłem nawet zareagować, zeskoczyć, wpadłem tam razem z nim. 
W zasadzie nic więcej nie pamiętam z tego dnia. Minęły prawie cztery lata, a ja wtedy bardzo szybko straciłem przytomność. To nie tylko był ostatni dzień mojej kariery, to także wtedy ostatni raz widziałem mojego wierzchowca, którego z powodu odniesionych obrażeń musieli uśpić. 
Komisja WKKW PZJ przygotowała raport, według którego to ja źle wyliczyłem miejsce odskoku. 
To ja zniszczyłem swoją karierę. To ja zabiłem swojego konia. Byłem zerem…



Wyciągnąłem z kieszeni telefon komórkowy i położyłem go na gładkim blacie, włączając tryb głośnomówiący. 
- Tak, słucham? 
Nalałem sobie szklankę soku. Stałem w przestronnej kuchni „rodzinnego domu”. Nie czuję potrzeby wyprowadzenia się stąd. Z jednej strony to faktycznie obciach, wciąż mieszkać z rodzicami. Z drugiej jednak moich rodzicieli nie ma w domu przez 65% dni w roku, a ja mam ogromną willę z basenem tylko dla siebie. Zresztą równie dobrze mogę powiedzieć, że mieszkam na stancji. Nigdy nie czułem się tutaj, jak w domu. 
- Co słychać, kochanie? 
- Wszystko dobrze mamo. 
Nie żeby moja matka chciała usłyszeć cokolwiek innego. Przestałem jej się zwierzać ze swoich problemów, gdy skończyłem 7 lat i poznałem Adama, to on stał się powiernikiem moich wszystkich sekretów i problemów. 
- Nie brakuje ci pieniędzy? - zapytała. 
- Nie, niewiele wydałem w tym tygodniu - mruknąłem. 
- A zabrałeś gdzieś Monikę? - dopytywała jak zwykle. 
- Nie. 
- Pokłóciliście się?! 
Strach w jej głosie powiedział mi wszystko. Ja i Monika znamy się od gimnazjum i od tamtej pory jestem zmuszony do jej towarzystwa. Jak już wspomniałem nasze rodziny są ze sobą blisko, uściślając nasi ojcowie robią ze sobą interesy. Jestem skazany na Monikę od bardzo wielu lat, a od roku jestem jej chłopakiem, gdyż bardzo spodobałem się pannie dziedziczce wielkiej fortuny. Na całe moje szczęście jest inteligentna i ładna, ale…sam nie wiem, obawiam się, że kiedyś będę musiał się z nią ożenić. W takich chwilach czuję się, jak mężczyzna do towarzystwa, a moi rodzice stają się dla mnie alfonsami. 
- Nie, wszystko gra - zapewniłem niechętnie. - Monika uczy się do egzaminów. 
- Rozumiem, może jakoś wesprzesz ją w nauce? 
Zapytacie po co to wszystko? Nie chodzi o to, że ma pieniądze, my też je mamy, problemem jest ich źródło. Mój ojciec zajmuje się projektowaniem i budowaniem: bloków mieszkalnych, domów, pensjonatów, hoteli i biurowców w całej Polsce, a ostatnimi czasy także zagranicą. Jednak aby „coś” zbudować potrzeba jakiegoś skrawka ziemi na jakim można to postawić i tu właśnie zaczyna się rola ojca Moniki. Jego firma potrafi wydobyć każdy skrawek ziemi, nieważne od kogo, a zazwyczaj nawet ze zniżką. Widzicie tę zależność? Firma mojego ojca nie istnieje bez ziemi, za to interesy jej ojca nie potrzebują budynków… 
- Postaram się mamo, niczym się nie martw - zapewniłem ją ponownie. 
- Uspokoiłeś mnie. 
- Jak jest na Karaibach? - spytałem, zmieniając temat. 
- Piszę nową powieść! 
Upiłem porządny łyk soku…nic nowego. 
- To świetnie mamo! 
Moja kochana rodzicielka wydała sześć książek, z których dwie przyniosły jej całkiem spore dochody, jednak pozostałe cztery zafundował jej ojciec. Pisze poczytne książki dla kobiet, w których sporo wspomina o miłości i o dobrych kontaktach z synem, co za hipokryzja… 
- Twój ojciec mnie woła, idziemy popływać. Powodzenia na egzaminach. Może później przyjedziecie do nas z Moniką? 
- Zastanowię się - mruknąłem i z ulgą wyłączyłem telefon. 
Tak właśnie wyglądały moje kontakty z rodzicami i jeśli miałbym je przeanalizować, to chyba tak było zawsze. Dopóki byłem słodkim szkrabem, a mój ojciec powoli rozwijał swoją firmę, matka była na urlopie wychowawczym i podobno się mną zajmowała. W tym czasie tworzyła również swoją pierwszą powieść, która stała się bestsellerem. Jednak kiedy skończyłem 5 lat, stałem się kłopotem. Moja matka była bardzo młodą i utalentowaną pisarką, a mój ojciec błyskotliwym biznesmenem…dla mnie nie było tutaj miejsca. To właśnie wtedy zaczęli podróżować, a mnie zostawiać z nianiami wszelkiej narodowości i obsypywać swojego ukochanego jedynaka prezentami. Jednak to także wtedy zapisali mnie na moją pierwszą lekcję jazdy konnej…



Postępowanie karne ma na celu takie ukształtowanie postępowania karnego, aby sprawca przestępstwa został wykryty i pociągnięty do odpowiedzialności karnej, a osoba niewinna nie poniosła tej odpowiedzialności.
Chciałbym, po studiach, skończyć aplikację sędziowską i orzekać w sądzie rodzinnym. Dopilnowałbym, żeby żadne dzieciaki nie ucierpiały podczas przepychanek ich rodziców. Starałbym się dopilnować by rozwody nie były dla nich powodem do płaczu. Zabierałbym je z domów, w których brakuje im miłości i muszą sobie same radzić. 
Ewentualnie zostanę legislatorem i dopilnuję, by stworzyć przepisy, dzięki którym karnie odpowiadaliby rodzice, którzy nie zajmują się swoimi dziećmi, bo są tak bogaci, że stać ich na nianie i prezenty. Dodatkowo przygotowałbym przepis, który działałby wstecz na zasadzie wyjątku od obowiązującej zasady lex retro non agit, za sprawą których już dorosłe dzieci mogłyby pozwać swoich rodziców. 
Ta….właśnie tak uważam, chociaż wiem, że społeczeństwo nigdy tego nie zrozumie…
Zerknąłem na swój telefon, który wibrował na podłodze obok kodeksu. Na wyświetlaczu pojawiło się jedno słowo „ADAM”, westchnąłem. Nie rozmawiałem z nim od jakiś kilku miesięcy, chociaż od kiedy skończyłem 7 lat byliśmy nierozłączni. 
Adam Kowalewski był moim trenerem, przyjacielem, opiekunem i łącznikiem, pomiędzy mną a rodzicami. Jednak gdy po wypadku rzuciłem jazdę konną nasz kontakt coraz bardziej się urywał. Adam po prostu przestał przyjeżdżać, a ja od 3 lat ani razu sam nie odwiedziłem go w stadninie.
Niepewnie podniosłem telefon. 
- Co jest? - spytałem. 
- Próbuję się do ciebie dodzwonić od 2 godzin! 
- Uczę się. 
- Po co? I tak już pewnie znasz cały kodeks na pamięć - stwierdził z sarkazmem. 
- Znam go, ponieważ go przeczytałem - warknąłem. 
- Nieważne, musimy porozmawiać. 
Jego poważny ton mnie zaskoczył. Od prawie 4 lat obchodził się ze mną, jak z jajkiem. Nie wspominał o jeździe konnej, nie wydawał poleceń, niczego mi nie kazał, spotykaliśmy się od tak na piwo, a teraz…tak mówił do mnie, gdy wydawał mi komendy, gdy był jeszcze moim trenerem. 
- Ok, kiedy chcesz się spotkać? - zapytałem spokojnie. 
- Jestem pod twoimi drzwiami. 
- Zaczekaj. 
Rozłączyłem się i na telefonie wystukałem odpowiednią kombinację klawiszy, która pozwoliła mu wejść do środka. Zerknąłem ponad barierką tarasu i obserwowałem, jak szybko zmierza w stronę wejścia. Nic się nie zmienił, ale czego mógł ode mnie chcieć? Skończył się mój okres ochronny, czy jak?
Po jakimś czasie znalazł się wreszcie na tarasie, usiadł na krześle naprzeciwko mnie. Upił spory łyk lemoniady, którą musiał mi gwizdnąć z lodówki. Cały Adam, a pomyśleć, że ma 43 lata, powinien nauczyć się dobrych manier albo zacząć się leczyć z kleptomanii. 
- O co chodzi? - zapytałem. - Przez telefon byłeś bardzo poważny. 
- Po sesji wyjeżdżasz. 
To naprawdę brzmi, jak polecenie. 
- Owszem, z Moniką na Karaiby - odparłem. 
- Nie, sam jedziesz pod Szczecin. 
- Szczecin?! - spytałem w szoku. 
- Tak. Spędzisz całe swoje trzymiesięczne wakacje w Stadninie Koński Zakątek. 
Zatkało mnie, co on sobie myślał?! 
- Nawet nie próbuj się buntować - zaznaczył Adam, grożąc mi palcem. - Rozmawiałem już z twoim ojcem. Pojedziesz tam i w końcu zawalczysz o siebie, koniec z tym odrętwieniem. Przez te 3 lata wyzdrowiałeś fizycznie, jesteś w pełni sprawny. Nigdy nie chciałeś rozmawiać z psychologiem, zakładam więc, że jesteś również zdrowy na umyśle. 
Słuchałem go z rosnącym szokiem. 
- Dlaczego nie mogę jeździć tutaj? 
- Bo tutaj nikt nie jest wstanie ci pomóc. Nikt. Myśleliśmy, że uda ci się pozbierać i znowu wsiądziesz na konia, ale wcale tak nie jest. Od 3 lat nawet nie przyjechałeś do stadniny. 
- Nie pomyślałeś, że nie chcę już jeździć? - zapytałem gorzko. - Konie nie są już moim życiem. Mam inne priorytety: studia, dziewczynę, swoją przyszłość. 
Sam nie wierzyłem w to co mówię, a widząc spojrzenie Adama wiedziałem, że on również. Konie były dla mnie wszystkim, uratowały mnie. Dla 5-letniego, samotnego dzieciaka stały się drugą rodziną. To stadnina mnie wychowała. Konie nauczyły mnie spokoju i samodyscypliny, a także odpowiedzialności, czego jako rozpieszczony jedynak nigdy bym się nie nauczył. 
- Po co mam tam jechać? - spytałem w końcu. 
- Jest tam ktoś, kto jest wstanie pomóc ci znowu jeździć, ponownie wsiądziesz na konia i weźmiesz udział w WKKW. 
- Nie, nigdy już nie wystartuję w WKKW, nigdy. Rozumiesz? 
- Lena cię uratuje, pomoże ci - zapewnił. 



Drugi raz tego samego dnia biegłem przed siebie. Dochodziła godzina 20:09 i padał deszcz, ale nic nie mogło mnie zatrzymać. Już wcześniej powinienem pomyśleć o wzięciu udziału w maratonie. Od kiedy tylko odzyskałem sprawność fizyczną, zacząłem biegać. Było to bardzo kiepskim i nieporównywalnym zamiennikiem jazdy konnej, ale dawało efekt zmęczenia i zapomnienia. 
Szkoda tylko, że moja kondycja była tak dobra, że musiałem przebiec co najmniej 15 km żeby przestać czuć…
Adam…nie mogłem nie myśleć o tym, co mi powiedział. Nie miałem pojęcia kim jest Lena i dlaczego miałaby mi pomóc. Nie przypominałem sobie jednak jakiejś wybitnej trenerki lub zawodniczki o tym imieniu. To w ogóle jest jakieś imię? A może zdrobnienie?
To jednak nieistotne. Nigdy nie wrócę do WKKW. NIGDY. Nikt nie jest w stanie mi w tym pomóc. Jednak pojadę do tej wioski pod Szczecinem, nie mam w zasadzie wyjścia - tak, to prawda, że podobno jestem pełnoletni. Mimo to, Adam zrobił dla mnie tak wiele, że nie mogłem go zawieść. Znaczy i tak go zawiodę, ale chcę chociaż spróbować, nie dla siebie, ale dla niego…
Dobiegłem do domu Moniki, wpisałem kod otwierający bramkę i zadzwoniłem do drzwi. Otworzyła mi ze szczerym zdziwieniem wypisanym na twarzy, a ja przywarłem do niej ustami w namiętnym pocałunku, wpychając ją do środka. 
- Jesteśmy mokry - zachichotała. 
- Błagam…czy ona zawsze musi się odzywać? 
- Twoi rodzice są w domu? - spytałem szybko. 
- Nie. 
- Zostanę u ciebie na noc - oznajmiłem. 
Są takie chwile kiedy bieganie nie pozwala mi się uspokoić, wtedy muszę sięgać po inne metody. Pewnie powinienem czuć się podle, ale ona też mnie wykorzystuje…


Skontaktuj się ze mną, jeśli masz ochotę :)


Diane Rose - STRONA AUTORSKA © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka