Menu

Nieuchwytni - Rozdział II



Siedziałem za swoim biurkiem i patrzyłem w oczy przerażonego studenta, który od dobrych pięciu minut próbował wydukać odpowiedź na pierwsze pytanie. Zerknąłem na jego indeks, który stracił dziewictwo jeszcze na pierwszym roku, teraz raczej nie było lepiej. Wpisałem mu już jedną dwóję i nie wiedzieć czemu myślał, że na egzaminie komisyjnym będzie umiał lepiej. Co on tam niby wpisał w uzasadnieniu wniosku? Pewnie coś w rodzaju „nieuczciwie oceniającego wykładowcy”. To akurat prawda. Nie oceniałem uczciwie. Z tym mogłem się zgodzić. Jakimś 40% studentom zamiast dwói powinienem załatwić wywalenie ze studiów, wtedy zdecydowanie byłoby sprawiedliwie. Niestety władze wydziału nie byłyby zadowolone. Westchnąłem. 
- Skończył już pan. 
- Nie, ja jeszcze… 
- To nie było pytanie. Zakończył pan właśnie egzamin komisyjny - powiedziałem dobitnie. 
Wpisałem mu do indeksu jedyną słuszną ocenę, którą mógłbym zamienić jedynie na wydalenie ze studiów i oddałem. 
- Ale ja… - spojrzał na kierownika katedry, szukając ratunku. 
- Przykro mi, ale zgadzam się z doktorem Michalskim. Egzamin właśnie się zakończył. 
- Zapraszam pana na trzeci termin. 
Uśmiechnąłem się lekko zadowolony z siebie. Nie lubiłem, gdy ktoś podważał moją ocenę i w dodatku zajmował mój cenny czas. Student wkurzony opuścił gabinet. Nie współczułem mu jednak. To raczej nie był pierwszy egzamin komisyjny, który oblał. 
- Nie ma to jak uwalić studenta o poranku - powiedział profesor z szerokim uśmiechem. 
Parsknąłem śmiechem, nie mogłem się z tym nie zgodzić. 
- Jedziesz na konferencję w Poznaniu? 
- Jak czas pozwoli. 
- A widziałeś już tekst doktor Sawickiej? - zapytał szczerze zaintrygowany. 
Wiedziałem doskonale, którą jej pracę miał na myśli. W jednym z artykułów zupełnie objechała moje poglądy i to delikatnie mówiąc. Tak swoją drogą to miała tupet, biorąc pod uwagę, że była niższa stopniem naukowym. Ciekawe, czy już skojarzyła moje nazwisko… 
- Więcej, poznałem ją - stwierdziłem ze śmiechem, wspominając nasze ostatnie spotkanie. 
- No proszę! Jest tak cięta tylko w artykułach? 
- Powiedziałbym, że to jej styl bycia. - Wzruszyłem ramionami. - Cóż…mam nadzieję, że nie spotkamy się na konferencji. Nasze poglądy są trochę rozbieżne, a mam podstawy żeby twierdzić, iż doktor Sawicka może tego nie rozumieć i próbować narzucać mi swoje poglądy w pracy. 
- Dlaczego nie rzucisz pracy w policji? - spytał. 
To był temat, do którego profesor powracał praktycznie zawsze. Nie mieściło mu się w głowie, że policjant może robić karierę naukową. 
- Bo ją lubię. Ma wiele plusów - stwierdziłem z przekonaniem. 
- Serio? Ja poza wcześniejszą emeryturą nie widzę żadnych. 
- Zdecydowanie ma plusy. - Zamyśliłem się. - Dla przykładu, użeranie się z prokuratorami. Nigdzie indziej się tego nie spotyka, a to takie przyjemne zajęcie. - Zaśmiałem się i zabrałem swoją teczkę. - Będę już leciał. Mam jeszcze jedno spotkanie i muszę podjechać do sądu. 
- Jasne, idź załatwiaj swoje sprawy. Ja poszukam jeszcze jakiegoś studenta do oblania, ewentualnie zadowolę się doktorantem. 
Pokręciłem głową i opuściłem jego gabinet. Uwielbiałem tego profesora jednak wcale nie było z nim łatwo. Jego doktoranci wiedli zazwyczaj ciężki żywot. Ja miałem to szczęście, że więcej mnie nie było, niż było i dzięki temu jeszcze nie oszalałem, a nawet dałem radę napisać pracę habilitacyjną, choć wiele osób mówiło, że niepotrzebnie. Uważali, że skoro byłem policjantem to nie powinienem rozwijać się naukowo. Nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego. Co drugi policjant ma studia i to się chwali, ale tytuł doktora jakoś niekoniecznie doceniano, nie wspominając o habilitacji, która była wręcz powodem do wstydu. W sumie głupio być znacznie bardziej wykształconym od komendanta. Tu taki sobie nic nieznaczący doktor habilitowany Michalski i wielki, znaczący komendant - magister Kamil Pablan. Może faktycznie ta habilitacja to za dużo? Ciekawe co zrobią jak dostanę tytuł profesora. Wykopią mnie, czy awansują? Oto jest pytanie!

Wyszedłem z wydziału i od razu skierowałem się do samochodu. Niestety drugie spotkanie będzie mniej przyjemne niż poranek ze studentem. Wsiadłem do auta i ruszyłem w drogę. 
Byłem świadomy tego, że spotkania z żoną, z którą jest się w trakcie bardzo niemiłego rozwodu nigdy nie są przyjemne. Odnosiłem jednak wrażenie, że moje są wyjątkowo paskudne. Jeszcze nie było terminu pierwszej rozprawy rozwodowej, bo nikt nawet nie złożył pozwu, a ja zastanawiałem się czy nie potrzebuję prawnika, w dodatku cholernie dobrego.
Zaparkowałem na parkingu przy parku. Zdecydowanie źle mi się kojarzył. Nie ma to jak rozmawiać o rozwodzie w miejscu, gdzie się poznaliśmy i kilka metrów od kościoła, w którym braliśmy ślub. Moja żona zawsze miała kiepskie poczucie humoru.
Zastanawiam się czasem czy ją kocham, kochałem, a może to było tylko przyzwyczajenie? Widziałem, że nie jest szczęśliwa. Próbowałem coś z tym zrobić, ale musiałem się pogodzić z jednym, to ona mnie nienawidziła. Przez pół roku miała romans, a ja tego nie zauważyłem. Kto jest winny rozpadowi naszego małżeństwa? Nie wiem. Myślę, że w ogóle nie byliśmy do niego stworzeni. Ja policjant i wykładowca, rzadko byłem w domu, nie zarabiałem kokosów. Ona niegdyś nauczycielka języka angielskiego, po ślubie i zajściu w ciążę przestała pracować. Stwierdziła, że nie widzi takiej konieczności. Może gdyby pracowała to nie zaczęłaby się nudzić? Wydawać za dużo? Może nie byłoby tych kłótni? Zdrady? Nie miałem jednak do niej żadnych pretensji. Byliśmy dorosłymi ludźmi, po prostu nam nie wyszło. Co w tym złego? Nie mieliśmy wiele do dzielenia. Ja zostałem w domku jednorodzinnym, który odziedziczyłem po rodzicach jeszcze przed ślubem, z samochodem, który wziąłem na kredyt i spłaciłem w tym roku oraz laptopem, który kupiłem za jakąś premię. Ona zabrała nasze oszczędności. 50 tysięcy to dużo, czy mało? Nie wiem. Nie protestowałem. Zażądała 1 500 złoty alimentów. Nie miałem nic przeciwko. To były moje dzieci. Chciałem eleganckiego rozwodu, bez orzekania o winie. Rozwodu inteligentnego, w którym dzieciaki nie cierpią. 
Niestety brzmiało to zbyt pięknie. Od dwóch tygodni nie widziałem swoich maluchów, od momentu, w którym się wyprowadziła. Tak po prostu zabrała je i zabroniła jakiegokolwiek kontaktu z nimi. Nie mogłem do nich zadzwonić. Maile ode mnie nie dochodziły. Nie wpuszczano mnie na teren szkoły, a podjechanie pod jej nowy dom skończyło się wezwaniem policji.
Za co? Czy ja skrzywdziłem nasze dzieciaki? Nie przypominam sobie.
Wysiadłem z samochodu. Czekała już na mnie. Zdenerwowana stała przy swoim nowym, sportowym samochodzie, w markowych ubraniach i okularach przeciwsłonecznych na nosie. Podstarzała gwiazda rocka się znalazła. 
- Gdzie są dzieciaki? - zapytałem chłodno. 
- Mówiłam już, że ich nie zobaczysz. 
- O co ci do cholery jasnej chodzi Żaneta? To my bierzemy rozwód. Dzieci nie mają tutaj nic do rzeczy. 
Zaczynało mnie już nudzić powtarzanie ponownie tego samego zdania w różnych konfiguracjach. Dlaczego ona po prostu nie mogła tego przyjąć do wiadomości? 
- A właśnie, że mają. Nie będą oglądać takiego ojca! - wykrzyknęła. 
Stałem i obserwowałem ją zaskoczony. Czułem się tak, jakby dała mi w twarz. To z tą kobietą spędziłem dziesięć lat swojego życia? O co jej znowu chodziło? 
- To znaczy jakiego? Co ja ci niby takiego zrobiłem? To ty mnie zdradziłaś - powiedziałem starając się zachować spokój. 
- Sam mnie pchnąłeś w jego ręce, a teraz psujesz mi moje nowe życie. Składam pozew o rozwód z twojej winy i odbiorę ci władzę rodzicielską. 
- Zgłupiałaś, kobieto? Żaden sąd się na to nie zgodzi. - I tyle zostało z mojego spokoju. 
- Zgodzi się. Już nie pamiętasz jak mnie biłeś? Jak broniłam dzieci przed tobą? 
Patrzyłem na nią zszokowany i zastanawiałem się co ona chce osiągnąć. Nigdy nie podniosłem na nią ręki, chociaż czasem naprawdę miałem na to ochotę. Co do dzieciaków to nawet na nie nie krzyczałem. Zawsze zachowywałem spokój nawet jak krzywo ostrzygły yorka sąsiada, a ja musiałem temu wyliniałemu szczurowi zapłacić za fryzjera. Po prostu mnie nie dało się wytrącić z równowagi. To raczej Żaneta była tą niezrównoważoną w naszym małżeństwie. 
- Nigdy cię nie uderzyłem. Dzieci tym bardziej - stwierdziłem. 
- Nieistotne. Sąd uwierzy zrozpaczonej matce. 
Wsiadła do samochodu i zaczęła wycofywać, a ja zostałem sam na pustym parkingu i przez chwilę nie wiedziałem co dalej robić. 
Ruszyłem w kierunku swojego samochodu, starając się zebrać myśli. Nie mogłem sobie jednak tego poukładać. Co ona próbowała osiągnąć? Chciała mnie zniszczyć żeby wieść spokojne życie. Czy o to jej chodziło? Gdybym stracił władzę rodzicielską jej nowy facet mógłby przysposobić moje dzieciaki. Taki był jej cel? Niedoczekanie! 
Wsiadłem do terenówki i ruszyłem do sądu. Dawno nie byłem tak zirytowany. Tyle zostało z mojego kulturalnego rozwodu, wszystko szlag trafił! Dlaczego ludzie tak się zmieniali? Żyjesz z kimś tyle lat, a później go nie poznajesz. Nigdy nie przypuszczałem, że będę miał z Żanetą takie kłopoty. Dlaczego człowiek jest taki głupi, kiedy jest młody? Mogłem wtedy nie brać ślubu…
No, ale na to było już za późno. Musiałem znaleźć adwokata. Szkoda tylko, że nie stać mnie na żadnego dobrego. Zarabiałem sporo, ale po odliczeniu wszystkich podatków ta sumka nie wyglądała już tak zadowalająco. Na życie i trochę luksusu wystarczała, na alimenty też, po prostu nie będę miał oszczędności, ale z adwokatem mogło być gorzej. Komendant też raczej nie pozwoli mi na wzięcie drugiego etatu na płatnej uczelni, już na ten pierwszy kręcił nosem. Będę musiał coś wymyślić.

Zaparkowałem pod budynkiem sądu, wziąłem teczkę z dokumentami i ruszyłem. Minąłem szybko bramkę i oczywiście zapiszczałem, ale olałem to. Rzuciłem tylko krótkie cześć do rozbawionego policjanta. Jedyny funkcjonalny przywilej wynikający z mojej pracy był taki, że piszczała na mnie każda dziadowska bramka, ale nikt się tym nie przejmował. Wszystkich to raczej bawiło. Nie pamiętam nawet, czy choć raz udało mi się przejść przez bramkę i nie zapiszczeć. Byłem jakimś naprawdę wadliwym egzemplarzem funkcjonariusza publicznego. Klimek raz chciał nawet zrobić test i rozebrać mnie do bokserek, ale jakoś tak nie wypada w miejscu publicznym. Może mam jakąś płytkę w ciele, o której nie wiem?
Wbiegłem na drugie piętro spóźniony o dobre dziesięć minut. Zastałem zirytowanego prokuratora, wyżywającego się na Bogu ducha winnym Klimku, który starał się go uspokoić. Czułem się głupio. Powinienem najpierw podrzucić dokumenty, a później pojechać na spotkanie z żoną. Ewentualnie sam powinienem od niego oberwać. Niestety wszystko spadło na Klimka, który zawsze starał mi się pomóc. To nie może się powtórzyć. Nie mogę przynosić problemów rodzinnych do pracy. Szkoda tylko, że nie jest to takie proste. 
- Dzień dobry, już jestem - powiedziałem, wręczając prokuratorowi teczkę. Nawet mi nie podziękował tylko ruszył na drugi koniec korytarza. - Wybacz spóźnienie. 
- Spoko młody. Student był zbyt elokwentny? 
- Nie, moja była - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. 
Klimek spojrzał na mnie ze współczuciem, którego tak bardzo nie lubiłem. Współczuje się ludziom, którzy sobie nie radzą, a ja nie lubiłem tracić kontroli nad własnym życiem. 
- Czego znowu chce? - zapytał. 
- Rozwodu z mojej winy. 
Patrzyłem na jego zdumione spojrzenie. Wiedziałem, że niewiele rzeczy już go dziwiło, a jednak mojej byłej się to udało. Powinienem jej złożyć gratulacje. 
- Jakim cudem? - zapytał, kiedy otrząsnął się z pierwszego szoku. 
- Podobno ją biłem - odpowiedziałem z kpiną. 
- Że co? - spytał zszokowany. 
- No właśnie. 
- Potrzebujesz prawnika - stwierdził tonem nieznoszącym sprzeciwu. 
- To oczywiste. Problem w tym, że chyba niekoniecznie stać mnie na dobrego. 
Może gdyby nie zabrała naszych oszczędności byłoby inaczej? 
Obserwowałem zmianę jaka zaszła na twarzy Klimka. Znałem dokładnie to spojrzenie. Zazwyczaj wpadał potem na rozwiązanie. Niestety nie zawsze było ono odpowiednie. Po chwili zauważyłem szeroki uśmiech na jego twarzy. Brakowało jeszcze tylko żarówki obwieszczającej nadejście cudownego pomysłu. 
- Zatrudnij Sawicką - powiedział z entuzjazmem. 
Genialne! Moja nadzieja prysła jak bańka mydlana. 
- Żartujesz sobie? 
- Nie mówię konkretnie o naszej Sawickiej, ale wiesz trafi zawsze swój na swego, czy jakoś tak. Na pewno zna kogoś podobnego do siebie, kto siedzi w rozwodach, nie? Zapytaj ją po prostu. 
- Może masz rację - mruknąłem nieprzekonany. - Dobra ja już idę. 
Zszedłem piętro niżej, kierując się ku wyjściu, kiedy dostrzegłem prokurator Sawicką wkraczającą pewnie na salę rozpraw. Zerknąłem na zegarek. Zdecydowanie powinienem wracać do swoich zajęć, w końcu abstrakt na konferencję sam się nie napisze, a kłusownik z Bezrzecza nie zniknie, ale musiałem ją zobaczyć w akcji. 
Ruszyłem za wszystkimi zainteresowanymi na salę. Usiadłem sobie grzecznie z tyłu, tuż za płaczącą kobietą i pocieszającym ją mężczyzną. Zapewne chodziło o zabójstwo, inne przestępstwa rzadko wzbudzały tyle emocji, szczególnie, że na sali była mała ekipa z telewizji regionalnej i kilka innych osób, być może świadków albo zwykła widownia.
Obserwowałem przez chwilę świadka, który podszedł do mównicy. Nie interesował mnie, nie wiedziałem co to za sprawa, nie po to tutaj przyszedłem. Chciałem zobaczyć Sawicką w akcji.
Rozejrzałem się po sali. Oskarżony wyglądał na wkurzonego, a adwokat zajadle walczył o jego niewinność. Nie wiedziałem jak się nazywa, ale znałem go z widzenia. To stary wyjadacz, większość prokuratorów nie chce się z nim spotkać na sali rozpraw. Ponad dwadzieścia lat doświadczenia w zawodzie, ogromna kancelaria i mnóstwo znajomości z sędziami nikogo nie zachęcały do walki. Szczególnie młodych prokuratorów. 
Spojrzałem na Sawicką, która najbardziej mnie interesowała, jednak ona nie wykazywała żadnego zaangażowania w sprawę. Wiedziałem, że to już końcówka, ale jej zachowanie i tak było niecodzienne. Kodeks leżał zamknięty w sporej odległości razem z aktami. Natomiast Sawicka siedziała sobie spokojnie i powoli coś notowała. Mogłem się jednak założyć, że to lista zakupów, a nie coś wspólnego z procesem, ewentualnie abstrakt na konferencję. Zdecydowanie poświęcała tej kartce za dużo uwagi. Kiedy sąd się do niej zwracał, podnosiła głowę, uśmiechała się i odmawiała. Nie zwracała w ogóle uwagi na adwokata, który dwoił się i troił, próbując zwrócić na siebie uwagę. Zadawał podchwytliwe pytania, niektóre zbyt nachalne, czasem sugerujące odpowiedź. Poprawiał sędziego w czasie dyktowania do protokołu i wygłaszał jakieś niepotrzebne opinie. Odniosłem wręcz wrażenie, że Sawicka jest znudzona tym procesem. 
Słyszałem wiele o jej wyczynach na sali sądowej. Podobno była jak tygrys, który czeka cierpliwie i zadaje cios w najmniej oczekiwanym momencie. Czy to było właśnie czekanie na właściwy moment do ataku? A może ona już się poddała? O czym myślała? 
- Zamykam przewód sądowy i udzielam głosu panu…znaczy pani prokurator, proszę - powiedział ze spokojem sędzia, w ogóle nie przejmując się swoją pomyłką. 
Zobaczyłem uśmiech i jakiś dziwny błysk w oku Sawickiej. Zamknęła notatnik, w którym z zaangażowaniem coś notowała i powoli wstała. Patrzyła hardo na swojego przeciwnika - adwokata z wieloletnim stażem. Zastanawiałem się czy teraz weźmie do ręki kodeks albo akta, ale ona nic takiego nie zrobiła. Wyglądała tak jakby była już świadoma swojej wygranej, wręcz jej pewna. Pokonała wszystkie przeszkody. Nie musiała się wysilać. Musiała to po prostu skończyć przez dołożenie wisienki na torcie. 
- Wysoki sądzie, dzisiaj na tej sali byliśmy świadkami niezwykłej wręcz próby naginania przepisów prawnokarnych przez obronę. Myślę, że adwokat z tak wieloletnim stażem powinien się powstrzymać od wygadywania takich bzdur w sądzie okręgowym, to bowiem nie przystoi - powiedziała powoli, spokojnie i dobitnie. 
Każde jej słowo cięło powietrze. Sędzia chrząknął w ramach upomnienia, a obrońca oskarżonego zrobił się czerwony na twarzy. Natomiast wyraz twarzy Sawickiej pozostawał niewzruszony. 
Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Była w swoim żywiole. Czarna toga z czerwonym kołnierzem dodawała jej tylko seksapilu. Była drapieżnikiem, potrafiła kąsać. Nie bała się nikogo, ani niczego. Zdecydowanie znajdowała się w swoim środowisku naturalnym. Nie widziałem jej w roli miłej pani adwokat w todze z zielonym kołnierzykiem dającym nadzieję na wygraną. To by nie było to samo. 
- Obrona chciała nas przekonać, iż oskarżony Jan Czerwiński powinien dostać jak najniższy wymiar kary, ponieważ to dobry chłopak. - Zrobiła krótką pauzę, która została zdecydowania przemyślana. - Pozwolę sobie jednak z tym polemizować. Jan ukończył lat siedemnaście i zgodnie z artykułem 10 paragrafem pierwszym kodeksu karnego odpowiada za popełniony czyn zabroniony na podstawie przepisów tam zawartych. Pragnę w tym miejscu przypomnieć wszystkim obecnym, że Jan Czerwiński został oskarżony o zamordowanie swojej piętnastoletniej dziewczyny. - Znowu zrobiła krótką pauzę. 
Cały skład orzekający obserwował ją bardzo uważnie, czekając aż przejdzie do sedna. Podobnie jak adwokat, który uparcie kreślił coś na swoich kartkach. Miałem wrażenie, że Sawicka zaraz wytrąci mu cały oręż z rąk. 
- Obrona przywołała art. 10 paragraf czwarty kodeksu karnego zgodnie, z którym wobec osoby, która nie ukończyła jeszcze lat osiemnastu zamiast kary można zastosować środki wychowawcze, lecznicze albo poprawcze przewidziane w ustawie o postępowaniu w sprawach nieletnich. Należy jednak zauważyć, że w przepisie tym mowa o występku, a dzięki Bogu art. 148 paragraf pierwszy kodeksu karnego, w którym stypizowano przestępstwo zabójstwa, nadal jest uważany za zbrodnię. 
Ponownie zrobiła krótką pauzę, wprawiając we wściekłość adwokata. Była jak przyczajony tygrys, który właśnie atakował i nie zamierzał oszczędzić swojej ofiary, zanim nie rozszarpie jej na kawałki. 
- Po analizie materiału dowodowego i wysłuchaniu zeznań świadków mogę stwierdzić jedno: nie ma żadnych okoliczności łagodzących. Jan zamordował swoją dziewczynę z zimną krwią, używając nadmiernej siły. Zdecydowanie wystarczyłby jeden cios nożem prosto w serce. Oskarżony jednak chciał mieć pewność, dlatego zadał aż siedem ciosów w okolicach serca. Następnie próbował ukryć jej ciało w rowie za miastem. Czy to miał być ten przejaw skruchy, który próbuje nam wmówić obrona? Wątpię. - Kolejna pauza w idealnym miejscu. Czułem jak cała publiczność wstrzymała oddech. - Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności wnoszę o wymierzenie kary w wysokości 25 lat pozbawienia wolności. Uwzględnia ona młody wiek sprawcy, dając mu szansę na resocjalizację. Jednocześnie nie jest kpiną wobec wymiaru sprawiedliwości i rodziny ofiary, jak 8 lat pozbawienia wolności, które zaproponowała obrona. Dziękuję. - Usiadła na swoim miejscu, a na sali nadal było cicho jakby nadal trawiono jej słowa.
Obserwowałem ją. Siedziała spokojnie, zadowolona z siebie i wyzywająco patrzyła na poczerwieniałego ze złości mecenasa. Uśmiechnąłem się, byłem zafascynowany. Niby nie powiedziała niczego zaskakującego, a sprawa była najwyraźniej prosta, ale odpowiedni dobór słów, modulacja głosem i jej postawa zrobiły swoje. Nie miało znaczenia kto siedzi po drugiej stronie, ani to że druga przemowa jest łatwiejsza do przyswojenia. To osobowość Sawickiej się tutaj liczyła. Sposób w jaki wypowiadała słowa sprawiały, że głęboko zostały wyryte w świadomości. Nie miałem wątpliwości, że podobnie działała na skład orzekający, a przynajmniej na ławników. 
- Panie mecenasie, proszę. 
- Wbrew temu, co twierdzi pani prokurator, kara 25 lat pozbawienia wolności dla mojego klienta jest zbyt wysoka. - Mówił spokojnie i powoli, ale niepewnie. Czyżby zabrakło mu argumentów? - Mój klient ma dopiero siedemnaście lat. To prawda, zabił swoją dziewczynę i nie przyznał się od razu do winy, ale to dlatego, że był w szoku. Kłócili się, przypominam, że z jej winy. To ona go obraziła, próbowała go zdenerwować. On wziął nóż i przez przypadek ugodził nim ją raz, niczego więcej nie pamięta. Ukrycie ciała również było spowodowane szokiem. Mój klient ma zaledwie siedemnaście lat - przerwał na chwilę, zbierając myśli. 
Pogrążał się. Widziałem to doskonale. Brakowało żeby powiedział coś w stylu: Mój klient potknął się i siedem razy trafił nożem w serce, ale to był wypadek. Nieumyślne spowodowanie śmierci, przecież się potknął! 
Zerknąłem na Sawicką, której uśmiech nie schodził z twarzy. Byłem pewien, że wygrała. 
- Wciąż ma szansę na resocjalizację - kontynuował adwokat. - Zabójstwo jest zbrodnią, ale sąd musi wziąć pod uwagę wiek sprawcy i inne okoliczności. Szczególnie, że mój klient żałuje tego co się wydarzyło. Kara 8 lat pozbawienia wolności będzie wystarczająca. Da mu szansę powrotu do normalnego życia, na które zasługuje, jak każdy z nas. Dziękuję. 
- Czy oskarżony ma coś do dodania? - spytał sąd. 
- Nie, wysoki sądzie. 
- Wyrok zostanie ogłoszony po naradzie. 
Wyszedłem jako pierwszy z sali i zacząłem kierować się do wyjścia z sądu. Zobaczyłem to co chciałem, nie miałem tutaj nic więcej do zrobienia. 
- Komisarzu Michalski! 
Odwróciłem się i poczekałem, aż dołączy do mnie prokurator Sawicka. Zastanawiałem się kiedy zauważyła moją obecność na sali rozpraw. 
- Co pan robił na rozprawie? - spytała. 
- Chciałem zobaczyć panią w akcji - odparłem zgodnie z prawdą i obserwowałem delikatny uśmiech, który pojawił się na jej twarzy. 
- I jak? 
- Miło patrzeć, jak dla odmiany jakiś adwokat dostaje po tyłku - odpowiedziałem. 
- Zgadzam się z panem w zupełności. - Zaśmiała się. - Jak sprawa kłusownika? 
- Mam dwóch podejrzanych, muszę to jeszcze przemyśleć. 
- Ma pan akta przy sobie? - spytała. 
Przyglądałem jej się zdziwiony, nie do końca rozumiejąc o co jej chodzi. 
- Owszem. 
- Może poczeka pan na mnie w naleśnikarni w pobliżu? Przedyskutujemy je razem - zaproponowała. 
Zastanawiałem się nad tym przez chwilę. Powinienem to zrobić sam na komendzie, ale biorąc pod uwagę, że wciąż mam wątpliwości i jestem na bakier z czasem, to ta pomoc mogła mi się przydać. Szczególnie, że nie byłem dzisiaj w formie.
- Dlaczego mi ją jednak zaproponowała? Wczoraj nie była taka skoro do pomocy. 
- W takim razie do zobaczenia - powiedziała, nie czekając na moją odpowiedź. 
Obserwowałem jak pewnym krokiem odchodzi w kierunku sali rozpraw, stukając swoimi szpilkami o podłogę. Na nikogo nie zwracała uwagi, miała gdzieś opinię innych. Skąd się biorą takie kobiety?


Ruszyłem w kierunku naleśnikarni. Nigdy w niej nie byłem. Przed poznaniem Sawickiej nawet nie byłem w pierogarnii koło prokuratury. Wolałem sam przygotowywać sobie jedzenie, tak było zdrowiej i wygodniej, przynajmniej nie musiałem się ruszać z komendy żeby coś zjeść. Ewentualnie za namową, głównie Klimka, wpadaliśmy na pizzę. Zastanawiało mnie czy Sawicka codziennie się tak żywi, a jeśli tak to ile ćwiczy, żeby spalić te wszystkie kalorie.
Wszedłem do małej naleśnikarni, gdzie przywitały mnie wrzosowe ściany i stoliki w stylu prowansalskim, który zdecydowanie kiepsko mi się kojarzył z powodu mojej byłej żony. Zniszczyłem wszystkie meble ogrodowe w tym stylu zaraz po jej wyprowadzce. Wydałem na nie całą swoją trzynastkę, teraz jednak mogłem o nich powiedzieć jedno - ładnie się palą. 
Usiadłem przy stoliku najbardziej oddalonym od wejścia i najmniej podobnym do naszych mebli ogrodowych. Rzuciłem okiem na dosyć bogate menu. 
- Dzień dobry, co podać? - spytała uśmiechnięta, młoda kelnerka. 
Miałem wrażenie, że jest tutaj przyjemniej, niż w niszczejącej pierogarnii, gdzie właścicielka starej daty bardzo uważnie mnie obserwowała. Jakbym mógł wynieść pieroga, czy coś w tym stylu. 
- Na razie tylko kawę. - Odłożyłem menu. - Naleśniki ze szpinakiem i serem feta za jakieś trzydzieści minut. Czekam na kogoś. 
- Oczywiście. 
Odeszła w stronę baru, a ja rozejrzałem się po lokalu. Wśród klientów rozpoznałem kilku sędziów. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale w sumie sędziowie też muszą coś jeść. 
Spojrzałem na moją prywatną puszkę Pandory. Westchnąłem. Na stoliku przede mną leżały dwie cienkie teczki. Zdążyłem już dwukrotnie zapoznać się z ich zawartością, niestety niewiele mi to pomogło. Tylko jedna z tych osób idealnie wpasowała się w profil stworzony przez prokurator Sawicką, obecność drugiej teczki była trochę naciągana. Niestety zanim wykonam ruch mający bardzo poważne konsekwencje muszę zadać sobie jedno pytanie: czy uznać za prawdziwy profil stworzony w pierogarnii?
Upiłem spory łyk kawy. Teczki leżały obok, a ja bezmyślnie wpatrywałem się w ekran laptopa, szukając dobrego prawnika, na którego usługi jakimś cudem będzie mnie stać bez sprzedaży domu. 
Nawet nie spostrzegłem kiedy na przeciwko mnie usiadła prokurator Sawicka, a przed nami postawili dwa talerze naleśników. Zamknąłem laptop i ukradkiem spojrzałem na jej talerz. Z naleśników spływała bita śmietana z czekoladą i owocami. Zdecydowanie nie wiem w jaki sposób spala te kalorie. To było wręcz nienormalne. 
- Jaki zapadł wyrok? - zapytałem. 
Spojrzała na mnie tak jakbym był idiotą. 
- Jedyny słuszny - odparła urażona. 
- No tak, przepraszam, że zapytałem - stwierdziłem rozbawiony. 
- Wybaczam. 
Z wielkim uśmiechem zabrała się za swojego naleśnika. Pokręciłem głową i zająłem się własnym. 
Nie rozumiałem tej kobiety. Ludzie wcale nie byli skomplikowani. Wystarczyło jedno dziesięciominutowe spotkanie, żeby móc już o kimś powiedzieć coś konkretnego. Szczególnie dla doświadczonych policjantów. Niestety nie miało to zastosowania w przypadku Sawickiej. Zresztą jeśli o nią chodzi, to teorię o pierwszym wrażeniu też można było obalić. 
No bo co mogłem powiedzieć o prokurator Sawickiej? Jeśli chodziło o wygląd to zdecydowanie była piękna. Jej figura świadczyła o tym, że poświęcała mnóstwo uwagi zdrowemu odżywianiu i zdecydowanie uprawiała sport. Jednak patrząc na to, jak pałaszuje naleśnika z nutellą, miodem, bitą śmietaną i owocami, musiałem przyznać, że moja teoria legła w gruzach. 
Podobno była pracoholiczką, ale oni nie zwracają uwagi na swój wygląd, a w jej przypadku ta teoria również nie miała sensu. Raczej markowe szpilki, perfekcyjny makijaż, świeży manicure i strój podkreślający figurę nie były typowe dla ludzi kompletnie pochłoniętych przez pracę.
Nie mogłem też rozgryźć jej zachowania. Z jednej strony jej niski wzrost i szeroki uśmiech sprawiały, że była słodka. Jednak podejście do niej groziło atakiem, którego można było nie przeżyć. 
Czy taka właśnie była? Potrafiła atakować i być wredna, a jednocześnie siedzieć nad sprawą, która wcale nie powinna jej obchodzić. Wydawało mi się, że nie szanuje sędziów, prokuratorów, adwokatów, a tymczasem poświęcała czas zwykłemu policjantowi. Gdzie tu była logika? Czy kiedykolwiek ją zrozumiem? 
- I co z podejrzanymi? - spytała, kończąc ostatniego naleśnika. 
- Mam ze sobą akta… 
- Streść mi je - przerwała mi. 
- Czyta pani w ogóle akta? - zapytałem zrezygnowany. 
- Kiedy mam na to ochotę, a teraz nie mam. - Odstawiła talerz, upiła łyk kawy i patrzyła na mnie z nieukrywaną ciekawością. Zerknąłem na teczki, nawet nie było sensu ich otwierać. 
- Podejrzany numer dwa ma 48 lat. Jego ojciec był myśliwym, możliwe więc, że potrafi posługiwać się bronią. Mieszka kilka bloków dalej od placu zabaw. Ma licencjat z ekonomii, to jeśli chodzi o wykształcenie. Pracuje od 10 do 18 w banku, ale od 14 do 15 ma przerwę. Nie zajmuje wysokiego stanowiska. Przekazano nam kilka listów, w których próbował wykazać, że plac zabaw można zbudować gdzie indziej. 
- Rozumiem, że tego podejrzano pan już sam odrzucił? - spytała chłodno. Czułem, że marnuję jej czas. - Przejdźmy do podejrzanego numer jeden. 
- Znaczy… - zawahałem się. 
Sawicka chwyciła teczki, które leżały po mojej stronie stolika. Otworzyła pierwszą z nich i zaraz ją zamknęła. Przeszła do drugiej teczki, w której mieściła się moja puszka Pandory. Zaczęła przerzucać kartki, przeszukiwać tekst w poszukiwaniu informacji. Wiedziałem co znajdzie w tej teczce. 
Adam Grzymała, lat 55. Licencja na korzystanie z broni palnej. Zapalony ekolog. Wykształcenie wyższe niepełne. Kłótliwy. Nie akceptuje zdania innych. Zagorzały przeciwnik budowy placu zabaw. W tej sprawie był w urzędzie miasta blisko trzydzieści razy, pisał również do prezydenta miasta, organizował protesty i wysyłał skargi. Prawdopodobnie próbował przeszkadzać w budowie. Zabierał materiały, obrażał pracowników. Jest emerytem. Ma dorosłe dzieci za granicą. Mieszka z żoną, która nigdy nie pracowała. 180 cm wzrostu, waga około 70 kg, wciąż w formie. Idealnie wpasował się w profil z tym, że… 
- Czy to ma być przykład jakiejś solidarności mundurów? - odłożyła teczkę i patrzyła na mnie chłodno. Wytrzymałem jej spojrzenie, bo wiedziałem, że sobie na nie zasłużyłem. - Czy gdyby ten człowiek nie był byłym zastępcą komendanta w ogóle zastanawiałby się pan nad tym żeby go zatrzymać? 
Miała rację. Ta jedna informacja powstrzymała mnie. 
- To nie tak. Sam nie wiem. Po prostu wyparłem tę informację chwilowo z pamięci - starałem się w jakiś marny sposób usprawiedliwić swoje nieudolne działanie. Dałem ciała po całości. Oboje to wiedzieliśmy. - Problemem jest też to, że prokurator wziął trzy dni wolnego. Nie mogłem z nim tego skonsultować. 
- Który to prowadzi? - zapytała. 
- Prokurator Marek Englert. 
Uśmiechnęła się do mnie, najwyraźniej zadowolona z obrotu sprawy. Z torebki wyjęła teczkę, a z niej kartkę papieru, którą po chwili podpisała i mi podała. 
Patrzyłem na nakaz przeszukania mieszkania podejrzanego, którym był były zastępca komendanta. Nie miałem pojęcia w jakich stosunkach pozostawała z prokuratorem Englertem, postanowiłem jednak się z nią nie sprzeczać. Znałem już trochę Englerta i wiedziałem, że jeśli mieliśmy rację, to machnie na to ręką, a jak się pomyliliśmy, to oberwie się wszystkim, włącznie z panią prokurator. W zasadzie to powinienem trochę zasięgnąć języka o ich współpracy, o ile w ogóle takowa istniała. Biorąc pod uwagę ich osobowości zastanawiałem się, czy w ogóle byli w stanie przebywać w tym samym pomieszczeniu.
Z prokuratorem Englertem miałem okazję pracować wielokrotnie. Nie powiem, żebym go lubił, ale był konkretnym facetem. Lubił formalność. Nasze raporty musiały spełniać wszystkie jego kryteria, a nasze działania musiały mieć podkładkę. W przypadkach niecierpiących zwłoki dopuszczał odejście od formalizmu, ale wszystko musiało zostać szybko nadrobione, a on musiał wyrazić na to zgodę. Cały czas nam powtarzał, że to jego kariera może się zakończyć, a nie nasza. Tak czy tak, raczej nie utrudniał nam śledztwa. 
- W takim razie zajmę się tym - powiedziałem, chowając nakaz do teczki. 
- Świetnie, mam do pana jeszcze jedno pytanie. - Schowała teczkę do torebki. - Czy ma pan jakieś problemy osobiste? - zapytała. 
Zakrztusiłem się kawą. Obserwowałem ją uważnie. Kim była ta diablica? Nawet to zauważyła? Nie znaliśmy się aż tak, żeby rozpoznawała moje gorsze dni. 
- To nie jest wścibskie pytanie - powiedziała w ramach usprawiedliwienia. 
- Nie, wcale, to w końcu normalne, że prokuratorzy interesują się życiem osobistym policjantów. 
- Nie jest pan tak przejęty śledztwem, jak ostatnio. Widziałam też, że szukał pan czegoś z niezwykłym zaangażowaniem w internecie - wyjaśniła. 
Upiłem łyk kawy. Ta kobieta miała jakiś szósty zmysł. Z drugiej jednak strony to była całkiem dobra okazja, żeby poprosić ją o pomoc. 
- Właściwie to zastanawiam się czy nie zna pani prokurator kogoś takiego jak pani, tyle że adwokata - powiedziałem zrezygnowany. 
- Nie ma takich ludzi jak ja. - Podkreśliła. - Po co panu adwokat? 
- Rozwodzę się - odpowiedziałem. 
Tyle w zasadzie informacji powinno jej wystarczyć, nie wiedzieć jednak czemu zacząłem mówić dalej. Zwierzałem się Sawickiej? Jak bardzo potrzebowałem pomocy? Byłem naprawdę zdesperowany. 
- Moja żona zdradzała mnie przez pół roku i przeprowadziła się do kochanka dwa tygodnie temu. Od tamtej pory nie mam żadnego kontaktu z dzieciakami, dosłownie żadnego. Byłem w szkole, dzwoniłem, pisałem, byłem pod ich domem, ale skończyło się to interwencją policji - kontynuowałem zwierzenie. 
Zerknąłem na Sawicką. Wydawało mi się, że słucha mnie bardzo uważnie. Jaki miała w tym cel?
- Dzisiaj się z nią widziałem. Chciałem się dogadać, ale powiedziała, że składa o rozwód z mojej winy. Oskarży mnie o bicie siebie i dzieci. Nie bałbym się gdyby nie to, że jej kochanek jest adwokatem. Życie mnie nauczyło, że lepiej się jakoś przed nimi zabezpieczać - zakończyłem. 
- Pana była to…. - zawahała się i powstrzymała. - Chce pan odzyskać dzieciaki? 
- Nie. Nie łudzę się, że sąd mi je przyzna - wyjaśniłem. - Zresztą ona jest dobrą matką. Potrzebuję mieć tylko z nimi kontakt. Chcę zachować pełnię władzy rodzicielskiej. 
- Ma pan jakieś niedobory testosteronu? - spytała. 
Zatkało mnie, dosłownie. Zastygłem na moment, starając się dociec czy na pewno dobrze usłyszałem jej pytanie. Nie mogłem zrozumieć co ma jedno z drugim wspólnego. Próbowała mnie obrazić? 
- Słucham? - zapytałem. 
- Po prostu się zastanawiam co tu się wyprawia - odpowiedziała niewinnie. - Żona pana zdradziła, zabrała panu dzieciaki, a pan grzecznie i potulnie się na to zgadza, pragnąc jedynie kontaktów z nimi? Co z pana za facet? 
- Kiedyś to pani zrozumie - stwierdziłem urażony. - Zależy mi tylko na dobru dzieci, a uważam, że taki konflikt nie jest im potrzebny. 
Jakim prawem w ogóle podważała moją męskość? Fakt, że sam ją kopałem prosząc ją o pomoc, ale bez przesady. Nie moja wina, że rodzice wychowali mnie na jakiś zakurzonych wartościach! Rodzina jest najważniejsza. Bzdury, teraz się to nie liczyło. 
Po cholerę w ogóle zaczynałem tę rozmowę? Poproszenie Sawickiej drugi raz z rzędu o pomoc było najwyraźniej kiepskim pomysłem. 
- Potrzebuje pan prawnika. Zajmę się tym jutro z samego rana - obiecała. - Proszę czekać na telefon. 
- Tak po prostu? - spytałem w szoku. 
Spodziewałem się raczej kolejnej uwagi na temat poziomu moich hormonów. 
- Buduję sobie bank przysług. - Wzruszyła ramionami. - Kiedyś to ja poproszę o przysługę, a pan ją wtedy spełni. To prosty układ. 
- Zabrzmiało to trochę jak ojciec chrzestny - mruknąłem nie wiedząc, czy się bać, czy być jej wdzięcznym. 
- Czytał pan? - zapytała z uśmiechem. Kiwnąłem twierdząco głową. - To pamięta pan, że prawników należy się bać? Jak to mawiał don Corleone? - spytała. Udawała, że sobie przypomina. - „Prawnik ze swą teczką może ukraść więcej niż tysiąc ludzi z pistoletami.” 
Wstała od stołu z szerokim uśmiechem. Akurat to, że była fanką Mario Puzo jakoś niekoniecznie mnie dziwiło. Ze swoim podejściem do życia i stalowymi nerwami mogłaby być świetnym prawnikiem mafii albo samym ojcem chrzestnym. Chwyciła swoją torebkę.
- Mam zaraz rozprawę - oznajmiła. 
- Rozumiem, że to ja płacę za naleśniki? - zapytałem, znając odpowiedź. 
- Szybko się pan uczy. - Odpowiedziała wesoło i ruszyła do wyjścia. 
Pokręciłem głową. Nie mogłem jej rozgryźć. Ruszyłem do kasy, żeby zapłacić za nasze naleśniki, dodając pani mały napiwek, który zapewne wręczyłaby i sama Sawicka, a następnie wyszedłem z naleśnikarni, zastanawiając się co dalej. Chwilowo mogłem nie myśleć o rozwodzie; jeśli prokurator Sawicka naprawdę zgodziła mi się pomóc, to powinienem być dobrej myśli. Pytanie tylko ile będzie mnie kosztował adwokat znaleziony przez nią? To już chyba nieistotne. Najwyżej jakoś dorobię. Muszę odzyskać kontakt z dzieciakami, to był priorytet. 
Wsiadłem do samochodu i ruszyłem w kierunku komendy. Musiałem się teraz skupić na kłusowniku z placu zabaw, co wcale nie było proste. Może i nie odczuwałem solidarności mundurów z facetem, który strzelał do dzieciaków na placu zabaw, ale zapewne kilka takich osób się znajdzie. Musiałem to dobrze rozegrać, żeby delikwenta złapać, przesłuchać, przeszukać mieszkanie i akurat minie 48 godzin, wróci prokurator i podpisze co musi, żeby facet wylądował w tymczasowym areszcie, a przynajmniej mam taką nadzieję. Nie wyobrażałem sobie, żeby mógł zostać na wolności. Szczególnie biorąc pod uwagę jego związki z najwyższymi funkcjonariuszami naszej komendy i to ilu osobom zagraża.


Wysiadłem pod budynkiem i od razu ruszyłem do swojego gabinetu, który dzieliłem z Klimkiem, mając nadzieję, że go nie ma. Jego rady teraz zdecydowanie nie były mi na rękę. Musiałem to załatwić sam.
Z radością odnotowałem brak Klimka w gabinecie. Usiadłem przy biurku i otworzyłem teczkę Pandory. Musiałem skupić się na pracy, chociaż naprawdę nie miałem na to ochoty. Niestety, samo się nie zrobi. 
Dochodziła szesnasta, więc to była najlepsza chwila z możliwych. Komendant i zastępca komendanta poszli do domu, w wydziale niewiele się działo. Wystarczyło tylko zabrać się do roboty; żeby tylko jeszcze mi się chciało, tak jak mi się nie chce. Niechętnie wstałem zza biurka i wyszedłem ze swojego bezpiecznego gabinetu. Czułem wręcz fizyczny opór przed rozpoczęciem akcji. Polskie przysłowie: „nie rusz gówna bo będzie śmierdziało” idealnie opisywało tę sytuację.
Wiedziałem jedno: BĘDĄ Z TEGO KŁOPOTY. Szczególnie dla mnie, na pewno. A kto mnie w to wrobił? Prokurator Sawicka? Czy mogłem tak sądzić? Sam też bym pewnie go złapał. Taki już mój pech zawodowy. Zawsze wtykam nos tam, gdzie trzeba.
W ciągu pół godziny zorganizowałem kilku policjantów i małą grupkę techników. Teraz sterczałem pod domem byłego komendanta, zastanawiając się czy wiem co robię. Tak swoją drogą to ładnie się dorobił. Jego dom wyglądał jak willa, brakowało tylko basenu i lepszej okolicy. Zapukałem do drzwi. Otworzyła mi kobieta o siwiuteńkich włosach, wielkich okularach i powłóczystej sukience. 
- Panowie w sprawie tych hałasów na placu zabaw? - spytała. - Odpoczywać się nie da. 
- Komisarz Michalski, Komenda Wojewódzka Policji w Szczecinie - przedstawiłem się stałą formułką. - Czy pani mąż jest w domu? 
- Oczywiście, proszę wejść kochaniutcy. 
Zignorowałem jej sympatyczną uwagę i wprowadziłem całą wesołą kompanię do środka. Czułem jednak, że nie za bardzo mi ufają. Byli dzisiaj jacyś niemrawi. Nie dziwiłem im się. Nie codziennie zamykasz byłego zastępcę komendanta. 
Powiedzmy, że właśnie popełniałem zawodowe samobójstwo, a ich ciągnąłem za sobą. Stwierdzić, że byli niezadowoleni to za mało powiedziane. Szczególnie, że cel przyjechania tutaj wyjaśniłem im pod drzwiami. 
Co z tego, że tak się nie robi? Inaczej bym ich tutaj nie ściągnął, a i tak musiałem im pokazać nakaz podpisany przez Sawicką, żeby ruszyli swoje szacowne cztery litery pod drzwi. 
- Kochanie, panowie policjanci do ciebie! - zawołała starsza kobieta.
Żona Grzymały udała się do kuchni, a do salonu wszedł człowiek, którego szukaliśmy. Obserwowałem go uważnie. Poruszał się naprawdę sprawnie jak na starszego pana. 
Nie wiedziałem czego się po nim spodziewać. Równie dobrze mógł mi dać w pysk albo zacząć uciekać. Na jego miejscu dałbym sobie w pysk i zaczął uciekać. To zdecydowanie była dobra taktyka, dlatego na zatrzymania nie chodziło się pojedynczo. Grupka niemrawych policjantów zawsze stanowiła jakąś pomoc. 
- No nareszcie przyszliście. Rozgońcie teraz to towarzystwo na placu zabaw. No ruszcie się! Raz…raz… 
Ponaglał nas, a mnie ogarnęła złość. To ja tutaj do cholery wydaję polecenia! Przynajmniej tak mi się wydawało, gdy wrabiałem tych ludzi za mną, żeby tutaj przyszli. No nic, czas ratować resztki godności. 
- Komisarz Michalski, Komenda Wojewódzka Policji w Szczecinie. Mam zgodę na przeszukanie pańskiego domu. 
Pokazałem mu dokument podpisany przez prokurator Sawicką. 
- Pan sobie chyba żartuje. - Zerknął na dokument i oddał mi go. - Po pierwsze zwracaj się do mnie per „komendancie”. Po drugie, ostrzegam cię młody człowieku, jeśli ruszysz cokolwiek w moim domu to stracisz pracę! 
- Nie jest już pan zastępcą komendanta, więc nie może pan się tak tytułować - wyjaśniłem z niekłamaną satysfakcją, przynajmniej chwilową. Należało mi się. Będę miał co wspominać w pośredniaku. - Chłopaki ruszajcie się, a pan niech nie utrudnia przeszukania, inaczej będę musiał pana zaaresztować. 
Zirytowany Adam Grzymała usiadł w fotelu. Jego żona po chwili do niego dołączyła i przysiadła sobie na sofie. Ja stałem i pilnowałem ich, modląc się o to żeby chłopaki czegoś się doszukali. Jeśli nie będzie wiatrówki albo jakichkolwiek innych śladów, które wskazywałyby na jego obecność na placu zabaw, to leżę na całej linii, a jutro mogę składać wymówienie. 
Lepiej, żeby prokurator Sawicka się nie pomyliła, inaczej pociągnę ją za sobą na samo dno. O tak, to zdecydowanie mogę jej obiecać. To właśnie przez nią zaryzykowałem całą swoją karierę i sterczę jak ten przysłowiowy słup soli w salonie byłego zastępcy komendanta, który tylko czeka aż powinie mi się noga.
Po jakiś 30 minutach policjanci i technicy ponownie zgromadzili się w salonie. Jeden z nich trzymał zabezpieczoną wiatrówkę, drugi dokładne plany placu zabaw, trzeci kopie listów i gróźb, które zostały wysyłane do urzędu miasta. Dzięki Bogu! Miałem teraz ochotę ucałować Sawicką, nawet gdyby skończyło się to moją natychmiastową śmiercią. 
- No dobrze, panie Grzymała. Pojedzie pan z nami na komendę w celu złożenia wyjaśnień. Oficjalnie zostaje pan zatrzymany pod zarzutem wielokrotnego okaleczania dzieci w różnym wieku oraz ich rodziców, przebywających na placu zabaw, a także gróźb karalnych. To tak w skrócie, resztę dopowie prokurator. 
- Słucham? - wstał z kanapy poirytowany i ruszył w moim kierunku. - Czy ty wiesz, kim ja jestem bachorze? Łapałem przestępców, kiedy ty siedziałeś w pieluchach! 
- Co nie zmienia faktu, że teraz pan uda się z nami. 
- Mogę ci bardzo zaszkodzić. Wiesz o tym? - spytał. 
- Porozmawiamy na komendzie - odparłem chłodno. - Chce pan zostać skuty, czy wyjdzie pan po dobroci? 
Widziałem jak się miota. Był w potrzasku. Pewnie nie raz ustawiał już innych policjantów, nawet będąc na emeryturze. 
Z tego co pamiętałem firma, która budowała plac zabaw skarżyła się kilkakrotnie na jakiegoś starszego pana, to było w aktach. Jednak zabrakło w nich wskazania kim był ten starszy pan. Rozmawiałem o tym z dzielnicowym. Nie powiedział mi jednak o kogo chodziło. Teraz domyślam się dlaczego. Zapewne Grzymała go wystraszył, zaszantażował albo coś w tym rodzaju. Dzielnicowy pewnie nie chciał ryzykować i milczał. Jednak nie ze mną takie numery. Były zastępca komendanta czy nie, i tak pójdzie siedzieć. Cóż, przynajmniej w teorii wydawało się to proste. 
- Rafał wiesz co robisz? - spytał jeden z policjantów. 
Pytanie zadał na tyle cicho, że usłyszałem je tylko ja, ale każdy w tym pomieszczeniu pewnie z chęcią by mi je zadał. 
- Ta - mruknąłem bez przekonania. - Zabierzcie pana na komisariat, ja jeszcze chwilę zostanę. 
Obserwowałem jak chłopaki wyprowadzają bardzo niezadowolonego mężczyznę, który odgrażał mi się i straszył mnie sądem wojskowym, jakbym mu w jakimś stopniu w ogóle podlegał. Co nie oznaczało, że nie brałem tych gróźb serio. Jakby nie było, co prawda nie mam munduru, ale jestem na służbie i z tego co pamiętam, prawo zapewnia mi w tym momencie większą ochronę, a on kopie sobie grób. Przynajmniej mam nadzieję, że tak jest, inaczej będę musiał pożyczyć od niego łopatę. 
Usiadłem koło starszej pani na kanapie. Do tej pory nie odezwała się ani słowem. Nie protestowała. Nie próbowała go bronić. To nie była standardowa reakcja żony. Czyżby była w szoku? 
- Nie musi pani ze mną rozmawiać, ale może powie mi pani coś o aferze na placu zabaw? 
- To mój mąż - odpowiedziała spokojnie i dobitnie. Spojrzałem na nią zaskoczony. - Mój mąż zawsze taki był. Jego musiało być na wierzchu. Kiedy zaczęły się wyprawiać te dziwne rzeczy na placu zabaw, to ja mówiłam mu, że zwariował i żeby zostawił te biedne dzieciaczki w spokoju, ale on oczywiście nie słuchał. 
- Dlaczego pani tego nie zgłosiła? - spytałem zdumiony. 
- Komu? - zapytała mnie z naganą starowinka. - Przecież wy wszyscy to jacyś skorumpowani jesteście. Dzielnicowy był tu kilka razy i prawie go po rękach całował. Pan jedyny taki odważny. Ja panu pomogę. Ja chętnie będę zeznawać. Niech zamkną tego starego piernika. 
- Jest pani pewna? - spytałem zaskoczony. 
- Ależ oczywiście! - odpowiedziała z zaangażowaniem. - Proszę mi tylko wysłać termin rozprawy sądowej i nie kazać za wiele jeździć. Stara już jestem. 
- Osobiście po panią przyjadę - zapewniłem, pozostając nadal w szoku. 
- Świetnie, to w takim razie ja problemu nie widzę - powiedziała usatysfakcjonowana. - To widzimy się później kochaniutki. I zajmij się tym starym piernikiem. Należy mu się. Przetrzymaj go trochę w celi, to mu się wygłupiać na starość odechce. 
- Oczywiście. Do widzenia - powiedziałem osłupiały. 
Wyszedłem z willi byłego zastępcy komendanta i wsiadłem do swojego samochodu. Ruszyłem w stronę komendy. 
Powoli analizowałem każdą minutę tego wyjątkowego spotkania. Muszę przyznać, że nie często spotyka się tak współpracującą żonę. Z jej zeznaniami i dowodami, które zebraliśmy wpakujemy pana bez problemu. Jednak wiele kwestii pozostało jeszcze do rozwiązania.
Po pierwsze, musiałem znaleźć dzielnicowego i załatwić mu dyscyplinarkę - to nie powinno stanowić problemu. Jego wina była ewidentna. Pozostało mu tylko pomachać na do widzenia i obciąć odprawę.
Po drugie, musiałem przesłuchać Grzymałę - nie podobało mi się to. Byłem świadomy tego, że nie będzie to takie proste. Myślę jednak, że sprawi mi to wiele satysfakcji, więc i tak wychodzę na plus. No bo kto miał kiedyś okazję przesłuchać byłego zastępcę komendanta? Toż to zaszczyt, wątpliwy, ale zawsze!
Po trzecie, musiałem to wszystko jakoś wytłumaczyć komendantowi, który jutro nie omieszka zapytać o to całe zamieszanie - ciężki orzech do zgryzienia. Cokolwiek nie powiem i tak mi się oberwie. Coś tak czuję w kościach, że zaraz wszystkie media będą o tym huczeć. Raczej medalu i premii za tę sprawę nie dostanę, a szkoda, przydałaby mi się.
Po czwarte, musiałem podziękować prokurator Sawickiej - i to chyba będzie najgorsze, a przynajmniej najniebezpieczniejsze. Nie wiem w jaki sposób to zrobić. Muszę kogoś zapytać, tak chyba będzie lepiej, o ile to w ogóle możliwe.
Powiedzmy, że wiele jeszcze pozostało do zrobienia.


Wysiadłem z samochodu i zamiast do pokoju przesłuchań udałem się do swojego gabinetu. Grzymała może sobie poczekać, nie miałem żadnych skrupułów. I tak mi się oberwie; jakby nie było zamknąłem byłego zastępcę komendanta. Kto, jak nie ja? Oczywiście, że padło na Michalskiego. Czasem mam wrażenie, że to ja tutaj jestem od spraw beznadziejnych. Dziwnym trafem dawno nie dostałem jakiejś prostej sprawy. Tęsknię za czymś w stylu „mam trupa, który jest w jednym kawałku, ma jedna ranę kutą i nie ma kasy”. Łatwy motyw rabunkowy i sprawa jasna. 
Niestety to tylko marzenia. Nie rozumiem tylko jednego, dlaczego pomimo rozwiązania tak wielu beznadziejnych spraw nadal byłem tylko „młodym”? Chyba nigdy nie dorobię się szacunku w wojewódzkiej. Miałem też pewność, że Klimek co najmniej rok będzie się ze mnie nabijał za zamknięcie Grzymały.
Usiadłem przy biurku, nadal rozkoszując się brakiem obecności Klimka. Wyciągnąłem z torby tortillę i zacząłem jeść, układając sobie w głowie schemat przesłuchania.
Do mojego gabinetu wpadł Dudek. Oczywiście nie zapukał, w dodatku zatrzasnął za sobą drzwi zamiast je delikatnie przymknąć. Nie lubiłem gdy tak tutaj wpadał, jednak wiedziałem, że dzisiaj jest to akurat uzasadnione. Nie zdziwiłbym się gdyby Klimek przyjechał tutaj z domu, żeby wysłuchać tej niecodziennej nowiny. Prawie słyszałem jego śmiech. 
Dokończyłem tortillę i całą swoją uwagę skupiłem na Dudku. 
- Młody, przegiąłeś. Coś ty do cholery zrobił? Zamykasz Grzymałę? Rozum ci odjęło? - trafiony -zatopiony. 
Policjanci to plotkarze. Pewnie cały wydział już o tym huczał, a cała komenda prowadziła gorącą linię. Zaraz będzie wiedziała o tym cała Polska. Brakowało tego, żeby zadzwonił do mnie Komendant Główny Policji. 
- Jeszcze go nie zamknąłem. Czeka w pokoju przesłuchań - odparłem spokojnie jednocześnie całkowicie świadomy tego, że to niczego nie zmienia. 
Grzymała winny? I co z tego? Kto go wsadził? No przecież, że Michalski! 
- Ty mnie wykończysz! - wykrzyknął Dudek. Chwycił palcami nasadę nosa i przez chwilę był cicho. Chyba liczył do dziesięciu. - Po cholerę go tutaj przyprowadziłeś? - zapytał. 
- Nie przyprowadziłem, a przywiozłem, radiowozem - uściśliłem. - To kłusownik z placu zabaw. 
- Jaja sobie robisz? - spytał zbity z tropu. 
- A co, w plotce tego nie było? 
- Zapomnieli dodać - przyznał zakłopotany. 
Świetnie. Naprawdę mam przerąbane. Do komendanta też dotarła wersja okrojona? Czyli co niby w niej było? „Michalski zwariował i zamknął Grzymałę?” No to po prostu cudownie! 
- Masz coś na niego? - zapytał po chwili. 
- Mam dowody i zeznania jego żony. Zaraz przesłucham i jego. 
Dudek przez chwilę mierzył mnie tym swoim szalonym spojrzeniem, a później po prostu wybuchnął śmiechem. Jego reakcja wcale mnie już nie dziwiła. Brakuje jeszcze Klimka do duetu. Uwielbiali się ze mnie nabijać, a to, że robili to akurat wtedy, kiedy zrobiłem coś dobrze wcale nie wydawało im się dziwne. 
- Zdajesz sobie sprawę, że tylko ty mogłeś zamknąć byłego zastępcę komendanta? - spytał już spokojniej. 
- Nic ci na to nie poradzę. Tak jakoś wyszło - odparłem zrezygnowany. 
- Jak do niego dotarłeś? 
- Dzięki pomocy Sawickiej - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Nie było sensu tego ukrywać. 
- No tak, teraz wszystko się zgadza. Duet idealny. Zdrowo szurnięta pani prokurator i nasz młody. 
- Spadaj - mruknąłem. - Inaczej powtórzę to prokurator Sawickiej. 
Widziałem jak jego twarz przybiera trupio blady kolor. Niech chociaż to będzie dla mnie wynagrodzeniem. 
- Muszę jeszcze zrobić coś z dzielnicowym, który go krył. 
- To już sprawa dla komendanta - uciął Dudek. 
- Powinienem teraz przesłuchać Grzymałę. 
- To już sprawa dla komendanta - powtórzył. 
- Żartujesz sobie? - spytałem oburzony. - To ja zszargałem własne nazwisko, a teraz nawet nie mogę nikogo przesłuchać? - Do jasnej cholery, to ja wpakowałem go do celi! - warknąłem oburzony. 
- Okażmy mu trochę szacunku. Masz już dzisiaj wolne. 
- Nie zamierzasz go wypuścić, prawda? - spytałem zrezygnowany. 
Byłem na przegranej pozycji. Dudek rzadko był naprawdę stanowczy. Prawie nas nie kontrolował. Nie po to budował świetny zespół, żeby to robić. Jednak kiedy chciał lub musiał postawić na swoim, to nie było możliwości żeby go przekonać. Szczególnie, jeśli coś nie było jego pomysłem. Zawsze robił to, co chciał komendant, jeszcze nigdy mu się nie postawił. 
- Nie - odpowiedział. - Posiedzi dzisiaj. Jutro rano pogada z komendantem i znowu posiedzi. Po południu będzie już prokurator Englert i podejmie decyzję. 
- Wraca wcześniej? 
- Żartujesz? - spytał retorycznie. - Dzięki tobie szykuje nam się afera. 
- W sumie racja - przyznałem. Trochę żałowałem, że nie mogę w niej uczestniczyć do końca. 
- Dobra młody, do jutra. 
- Cześć. 
Zabrałem swoje rzeczy i ruszyłem do samochodu. Nie byłem do końca zadowolony z obrotu sprawy, to ja w końcu zatrzymałem Grzymałę i to ja prowadziłem śledztwo, ale jak widać za wysokie progi dla mnie. Mogłem zbierać baty i być głównym bohaterem policyjnej plotki, ale to tyle. Byłego zastępcę komendanta mógł przesłuchać tylko komendant. Może to i lepiej? Moje nazwisko zaginie gdzieś po drodze i będę miał spokój, przynajmniej w mediach. Nie wątpię bowiem, że w naszym wydziale nigdy o tym nie zapomną.
Wsiadłem do terenówki i ruszyłem do domu, starając się o tym wszystkim nie myśleć. Byłem zmęczony, a to był piekielnie długi dzień. Powinienem pojechać na siłownię w celu odprężenia się, ale czułem się tak, jakby przejechał mnie walec drogowy. 
Jedynym miłym wydarzeniem tego dnia była nadzieja na to, że prokurator Sawicka znajdzie mi jakiegoś dobrego prawnika. Innych plusów tego dnia nie zarejestrowałem. Co prawda powinienem się cieszyć, że kłusownik z placu zabaw został złapany i nie zagraża żadnemu dzieciakowi, ale czułem się dziwnie z tym, że odebrano mi przywilej jego przesłuchania. Zastępca komendanta nieważne czy były, czy obecny cieszył się szacunkiem, przynajmniej tym oficjalnym. Nawet na emeryturze. Tak po prostu było, nieważne czy ktoś się z tym zgadzał, czy nie. 
Nie mogłem jednak zrozumieć dlaczego jakimkolwiek szacunkiem cieszy się człowiek, który strzelał z wiatrówki do niewinnych dzieciaków na placu zabaw, w dodatku robił to wielokrotnie. Gdzie tu miejsce na szacunek? Skąd? Dlaczego?


Wjechałem na swoje własne podwórko i o mało nie przejechałem Klimka, który siedział pod drzwiami mojego garażu i machał do mnie z szerokim uśmiechem. No jasne! Mieszkam sam, ale powinienem uważać, gdyż przy wjeżdżaniu na własne podwórko mogłem kogoś potrącić. Jasna cholera! Co jeszcze mnie dzisiaj czeka? Powinienem pomyśleć o kupieniu jakiegoś psa obronnego, bo jak widać alarm niekoniecznie działał. 
Zatrąbiłem klaksonem, mając gdzieś sąsiadów i czekałem, aż łaskawie zabierze swoje cztery litery spod mojego własnego garażu i pozwoli mi do niego wjechać, chociaż przyznaję, że pokusa przejechania go była bardzo silna. Gdy tylko to zrobił, wjechałem do środka i wspaniałomyślnie poczekałem aż wejdzie za mną żeby zamknąć drzwi. 
- No nareszcie młody, ileż można na ciebie czekać? 
- Czy ty nie możesz jak normalny człowiek poczekać przed bramą tylko się włamywać? - spytałem zrezygnowany, opierając się o samochód. 
- Jeśli znasz hasło to się nie włamujesz. Podobno. 
- Tak twierdzą tylko adwokaci - mruknąłem. - Co ty tu w ogóle robisz? 
- Mam piwo i pizzę - dopiero teraz zauważyłem sześciopak i pudełko, które trzymał. - Pomyślałem, że ci się przyda po dzisiejszym dniu. Tylko pizza jest do odgrzania, długo na ciebie czekałem - stwierdził z lekkim wyrzutem. 
- Trzeba było się zapowiedzieć! 
Przeszliśmy przez drzwi, prowadzące do przedpokoju. Przeszliśmy do kuchni, połączonej z salonem. 
- Wezmę prysznic i zaraz do ciebie zejdę - stwierdziłem, zostawiając swoją torbę na laptopa na wyspie kuchennej. 
- Nie spiesz się młody! Odgrzeję pizzę. 
Uwielbiałem swój dom. W dużej mierze był taki, jak sobie wymarzyłem - minimalistyczny i funkcjonalny. Nie była to wielka willa, o której marzyła moja była żona, ale skromny domek. Zostawili mi go w spadku rodzice z całkiem pokaźną sumką na jego remont. Poszaleliśmy więc trochę i urządziliśmy go bardzo nowocześnie. 
Na parterze wszystkie pomieszczenia utrzymane były raczej w zimnej kolorystyce, z dużą przewagą odcieni szarości. Myślę, że ten wystrój zawdzięczałem temu, że mojej żony, poprawka prawie byłej żony, nie obchodził ten dom. Zresztą ona nie miała jakiegoś specjalnego gustu i zdała się na mnie. Teraz myślę, że to był dobry pomysł. 
W ogromnej kuchni poszedłem na kilka ustępstw. Pozwoliłem jej wybrać zestaw białych mebli z granitowymi blatami, które osobiście i mnie przypadły do gustu. Kuchnię połączyliśmy z salonem, ogromną wyspą, na której uwielbiałem przygotowywać posiłki. Przy niej je spożywaliśmy.
W salonie panował zupełny minimalizm. Jedna szafa wbudowana w ścianę, tak że zupełnie nie było jej widać sprawiała, że wnętrze było funkcjonalne. Jego centralną część zajmowała ogromna rogówka z białej skóry. Granatowo-szare poduszki oraz puchaty dywan, na którym stał szklany stół dopełniały całości. Na ścianie na przeciwko wisiał ogromny telewizor, a pod nim stała nasza wspólna kolekcja filmów. Bajki, kryminały, thrillery, komedie romantyczne i światowe klasyki. To było nasze wspólne hobby. Wreszcie z salonu można było wyjść do ogrodu, gdzie aktualnie nie było żadnych mebli ogrodowych, ale został grill. Meble w końcu odkupię. 
W podobnym stylu co salon, utrzymany był pokój gościnny, w którym zdecydowanie za często nocowała moja prawie była teściowa i niewielka łazienka.
Na górze z kolei panował totalny miszmasz. W niegdyś naszej sypialni również królowała szarość i meble z ciemnego drewna. Bordowa satynowa pościel i ogromne lustro na całą ścianę dokładnie na przeciwko łóżka. Uwielbiałem je do momentu, w którym moja żona się wyprowadziła. Teraz codziennie przypominało mi o tym, że jestem już sam. Chociaż może znienawidziłem je wcześniej? Koło sypialni była spora łazienka i mała garderoba, która teraz wydawała mi się przeraźliwie pusta. 
Na górze znajdowały się również pokoje dzieciaków - jeden wyglądał jak różowa wata cukrowa, drugi był po prostu zielony, ze wspólną łazienką.
Po krótkim prysznicu zszedłem na dół. Zastałem Łukasza siedzącego z moim laptopem przy stoliku. Zrezygnowany usiadłem koło niego. 
- Czy ty kiedyś zrozumiesz co to prywatność? - otworzyłem dwie puszki piwa i jedną mu podałem. 
- Ależ ja to doskonale rozumiem. - Wyszczerzył się do mnie. - Tylko młody ja jestem za ciebie odpowiedzialny. Muszę sprawdzać co u ciebie, czy nie jesteś w jakiejś depresji, czy coś. Zresztą jak nie potrafisz dobrze zabezpieczyć komputera to sam jesteś sobie winien. - Zadowolony z siebie wgryzł się w ogromny kawałek pizzy. 
- Przypomnij mi żebym następnym razem nie przyjaźnił się z jakimś niespełnionym hakerem komputerowym. 
Westchnąłem zrezygnowany i zająłem się swoim kawałkiem pizzy. Znałem się na komputerach i w ogóle na sprzęcie elektronicznym, w końcu prawie skończyłem informatykę. Klimek nie miał o elektronice zielonego pojęcia, a jednak zawsze jakimś cudem zgadywał hasło, które przez niego zmieniałem średnio trzy razy tygodniowo. Z tym człowiekiem było coś nie tak.
Zerknąłem na ekran mojego laptopa. 
- Czy ty czytasz moje maile?! 
- Wyluzuj. Tylko przeglądam. - Uśmiechnął się. - Niczego ciekawego tam nie masz. - Upił spory łyk piwa. - Dobra młody, a tak na poważnie, to jak się czujesz ze sprawą kłusownika? - spytał. 
Przez chwilę zastanawiałem się nad odpowiedzią. To wszystko wcale nie było takie proste. 
- Sam nie wiem. Wkurza mnie ta cała sytuacja. Wiem, że Grzymała był kiedyś ważny, ale cholera jasna, on na placu zabaw okaleczał dzieciaki. Nie powinny mu przysługiwać żadne honory! Tymczasem czuję się tak, jakbym popełnił jakąś zbrodnię przeciwko środowisku policjantów i miała czekać na mnie za to jakaś dyscyplinarka, a nie nagroda. To jakaś chora sytuacja. 
- Zgadzam się z tobą. Jest totalnie do dupy - przyznał. 
Zabrał się za kolejny kawałek pizzy i przez chwilę oboje jedliśmy w milczeniu. 
- Musisz się do tego przyzwyczaić. Mamy sporo młodych policjantów, ale nie w komendzie wojewódzkiej. Przede wszystkim, zdecydowanie za mało jest ich na tak wysokich szczeblach, jak komendant, czy jego zastępca - zaczął spokojnie. - To nie tak, że jesteśmy jakoś skorumpowani, tak po prostu jest. Istnieje durna solidarność mundurów. - Upił łyk piwa. - Zresztą stary chce to wziąć na siebie. Kiepsko wyglądałoby w mediach, gdyby o zatrzymaniu byłego zastępcy komendanta mówił młodzik taki jak ty. No i były naciski ze strony poprzedniego komendanta, który zna Grzymałę od podstawówki czy coś. - Zaśmiał się. - Tak czy tak, to ty przejdziesz do historii, młody. Tylko ty mogłeś wpakować go za kratki. 
- Coś w tym jest. - Upiłem kolejny łyk piwa. - Pytanie jaką decyzję podejmie prokurator. 
- To ty jeszcze nic nie wiesz? - spytał zdziwiony. 
- Najwyraźniej nie mam gorącej linii z połową komendy - stwierdziłem z ironią. 
- No dobra, już dobra, nie bądź cyniczny. - Dokończył swój kawałek pizzy. - Englert został ściągnięty z urlopu. Aktualnie go przesłuchuje, ale dowody, które dostarczyłeś już są podstawą do zatrzymania. Będzie też wnioskował o tymczasowy areszt. 
- Wrócił z urlopu? - spytałem zdziwiony. - Miał być jutro. 
- Młody, jak ty mało jeszcze wiesz. - Pokręcił głową zdegustowany. - Sawicka i Englert są w konflikcie, który zaczął się jeszcze na studiach. Ona była wtedy na drugim roku, on na piątym, ale i tak pobiła go w trzech konkursach, czy coś takiego. Zresztą nie wiem o co do końca poszło. 
Mówił tonem wykładowcy, który niechętnie wyjaśniał coś głupiemu studentowi. Znałem ten sposób wypowiedzi, sam często go używałem. Klimek zdecydowanie był specjalistą od relacji i układów, panujących zarówno na komendzie, jak i w prokuraturze. Przez dwanaście lat pracy wniknął w to środowisko tak głęboko, że nie miało przed nim żadnych tajemnic. 
- Nie jest to co prawda taka wojna jak Sawickiej z Turczynem, ale dobrze też nie jest. Ty natomiast pozwoliłeś, żeby jej pismo znalazło się w aktach. Kiedy prokurator Marek Englert się o tym dowiedział od razu wrócił z urlopu. 
Wyjaśnił mi cierpliwie, a ja słuchałem tego z rosnącym zdumieniem. Co prawda podejrzewałem, że ta dwójka nie pała do siebie sympatią, ale nie wiedziałem, że jest aż tak źle. Jednak ten uśmiech Sawickiej, kiedy wręczała mi pismo był podejrzany. Powinienem bardziej jej się przyjrzeć. 
- Ostrzegaj mnie następnym razem! 
- To pytaj młody, pytaj. - Otworzył kolejną puszkę. 
- I oczywiście wie kto poprosił o nakaz przeszukania Sawicką? - spytałem po chwili. 
- Ona sama nie omieszkała mu o tym wspomnieć. Nie wiem co prawda jaki miała w tym cel, ale nawet do niego zadzwoniła - odpowiedział z szerokim uśmiechem. 
- Ta kobieta jest nieobliczalna - jęknąłem. 
Już widziałem dywanik, który znajdował się w gabinecie prokuratora Marka Englerta. Na pewno niebawem tam zagoszczę na ostrą reprymendę. 
- Ona jest wyjątkowa. - Przyznał ze śmiechem. - Powiedz mi lepiej czy pomoże ci znaleźć prawnika? 
- Obiecała, że rozwiąże ten problem jutro - odpowiedziałem. 
- Chciała coś w zamian? - spytał zaintrygowany. 
Najwyraźniej w banku przysług pomiędzy Sawicką, a policjantami nie było niczego dziwnego. 
- Powiedziała, że przysługę w przyszłości. 
- No to czekaj młody. Nie znasz dnia, ani godziny. 
Oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Zdecydowanie moja sytuacja nie wyglądała zbyt kolorowo. Rozwód, zamknięcie Grzymały, zirytowany Englert i przysługa, którą muszę oddać Sawickiej. To za dużo jak na jeden dzień.
- Dobra, będę się zwijał. - Klimek podniósł się z kanapy i przeciągnął. - Obiecałem żonie, że wrócę o jakiejś normalnej godzinie. 
- Dzięki, że wpadłeś. 
- Nie ma problemu młody. - Uśmiechnął się. - I przestań przejmować się Grzymałą. To już nie twoja sprawa. 
- Zostaje jeszcze jeden problem. - Przypomniałem sobie. - Muszę podziękować Sawickiej. 
- Kup czekoladki. 
- A kwiaty? 
- Kwiatami może rzucić, czekoladki zdecydowanie zje - odpowiedział ze śmiechem. 
- Rzuciła w kogoś kwiatami? - spytałem zaintrygowany. 
- Nie, ale zawsze istnieje taka możliwość. - Zaśmiał się i skierował do wyjścia. 
Wyłożyłem nogi na kanapie i dopiłem piwo. Chwyciłem laptop i wziąłem się za procedurę zmieniania hasła.
Po chwili zgasło światło w całym domu. Tego dnia nie mogłem zaliczyć do udanych…

Skontaktuj się ze mną, jeśli masz ochotę :)


Diane Rose - STRONA AUTORSKA © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka